piątek, 15 marca 2013

Kobiety na krańcu świata

Recenzja przedpremierowa

Cóż ciekawego można wymyślić w świecie ogarniętym przez wiecznie głodne ludzkie ścierwa, wałęsające się tu i ówdzie w poszukiwaniu czegoś mniej zepsutego od nich? 
Żywe trupy ostatnim czasem zawładnęły umysłami telewidzów i śmiałym - lecz powłóczącym i chwiejnym - krokiem wstąpiły na panteon najbardziej popularnych paskudztw, jakimi karmią nas twórcy literatury popularnej. Powstają kolejne części literackiej, nieznanej wersji Walking Dead. Mamy żywe trupy w świecie bloggerów, żałosne literackie mash-upy, szkalujące zarówno dobre imię twórców klasyki literatury, jak i ukochanych zmarłych. Kirkman zarabia na komiksach, Moody atakuje infekcją Wielką Brytanię, a Keene rozpisuje się w głupotach odnośnie prowadzących samochody trupów. Słowem - jest tego mnóstwo!
Ponawiam pytanie: czy można w literackim świecie żywych trupów stworzyć coś nowego i oryginalnego? Pewnie można. Rhiannon Frater jednak w pierwszej części swojej trylogii Zmierzch Świata Żywych opiera się tej pokusie i prowadzi historię po dobrze znanych torach. Nie oznacza to jednak, że to źle.

Pierwsze dni rozpoczynają się wręcz standardowo. Piękny poranek na przedmieściach pewnego miasta w Teksasie. Mężowie w szlafrokach wychodzą po gazetę z obowiązkowym kubkiem kawy w ręcę, żony odjeżdżają do pracy wystrojone w garsonki, dzieciaki radośnie biegają po podwórku. Mija chwila i mamy apokalipsę zombie. Trupy gryzą żywych, ci gryzą innych żywych, wszędzie krew, flaki i jeszcze raz flaki - istna masakra. W tych warunkach spotykają się dwie urocze niewiasty Jenni i Katie. I to im właśnie czytelnik będzie towarzyszył w podróży do urojengo bezpieczeństwa gdzieś w głębi stanu.
Przyznam, że jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia o istnieniu pani Frater. Dziwić się temu ciężko, wszak owa pisarka do tej pory umieszczała swoje utwory jedynie w Internecie lub wydawała je własnym sumptem. Podobnie historia ma się z trylogią Zmierzch Świata Żywych. Jednak ku uciesze pani Frater z rodzinką, ktoś podjął się wydania tych książek w USA i w Polsce.
Pierwsze dni to nic innego jak posklejana z różnych kawałków [sic!] żywych trupów opowieść o dwóch kobietach, które nagle muszą radzić sobie w świecie po apokalipsie zombie. Widać, że Rhiannon Frater napisała książkę, którą sama chciałaby przeczytać. Wszystkie elementy już widzieliśmy, ale doprawdy trudno winić samą autorkę. Temat żywych trupów mocno zagarnęły produkcje telewizyjne i kinowe, poszerzając temat o dramat, komedię czy obyczajówkę.
cop. Wydawnictwo In Rock - Vesper
Pierwsze dni to jednak niezła rozrywka w dobrze znanym świecie. Szybka akcja, kilka pukntów zwrotnych i odrobina dramatu psychlogicznego. Autorka (ku uciesze piszącego te słowa) skupiła się w dużym stopniu na anihilacji truposzy, więc ilość gore w powieści jest zadowalająca. Kilka momentów jest nawet nieco obrzydliwych, a słowa miażdżyć, mózg i jelita występują tu wielokrotnie. Z drugiej strony Frater starała się nakreślić zmiany w psychice i zachowaniu poszczególnych bohaterów. Wyszło średnio i nieco naiwnie (w szczególności w dialogach), ale całościowo wychodzi na plus.
W mojej opinii Pierwsze dni to całkiem niezła rozrywka w świecie żywych trupów. Domyślam się, że malkontenci i domorośli specjaliści tematyki ludzkiego chodzącego ścierwa mogą kręcić nosem i wyliczać porównania, ale chyba nie o to chodzi.
Ja czekam na kolejne części ze stajni Vesper i cieszę się, że ktoś bez konieczności silenia się na oryginalność sięgną po dobrze znane elementy i ułożył z nich całkiem zgrabną historię.

wtorek, 19 lutego 2013

Bóg nie ma tu nic do rzeczy

Najważniejsza jest rozrywka - tak powiedział mi kiedyś jeden z profesorów, opisując starcie wojsk niemieckich i polsko-litewskich na polach małej wsi Grunwald. Słowa ów profesora przekładam sobie często na grunt mojego czytactwa. Książka ponad wszystko ma stanowić dla mnie rozrywkę. Jeśli niesie przy tym ze soba treści ważne i porusza nurtujące problemy - tym lepiej. Jeśli natomiast powieść uwypukla te problemy, a treść jest tak nudna, że mam ochotę dźgać ludzi szpikulcem po oczach, wtedy jest kiepsko. Naprawdę nie znoszę, kiedy wydawca i recenzenci obiecują mi rozrywkę na wysokim poziomie, a w efekcie okazuje się, że lepiej bawiłem się wiążąc sznurowadła poprzedniego dnia. Na szczęście Bóg nie weźmie w tym udziału jest powieścią, która łączy w sobie zarówno rozrywkę jak i spory ładunek pytań nurtujących współczesnych.
Wiesław Fidler zostaje zdekonspirowany i niemal ginie w zamachu zorganizowanycm przez mafię. Ledwie dochodzi do siebie, a już przełożeni proponują mu udział w kolejnej akcji. Tym razem Fidler musiałby trafić do więzienia i znaleźć tych, którzy zabili mu żonę...

Opis brzmi jak streszczenie fabuły sobotniego filmu na TV4. Uwierzcie mi - wynika to jedynie z troski, żeby nie zdradzić istotnych szczegółów fabuły.
Od razu przyznam, że książka Bóg nie weźmie w tym udziału podobała mi się bardzo. Niech świadczy o tym fakt, że powieść, która liczy 466 stron, pochłonąłem w dwa dni. Po jej odłożeniu, stwierdziłem, że Krzysztof Koziołek zafundował mi świetną zabawę i rewelacyjną sensację w polskich warunkach. Autor śmiało i garściami czerpie z dobroci świata popkultury i sensacji. Wrzuca do powieści policjantów, dziennikarzy, więźniów, polityków i Bóg wie kogo jeszcze. Cała powieść ma naprawdę imponujące tempo i nie sposób się przy niej nudzić. Nie oznacza to bynajmniej, że Koziołek wali tępo przed siebie. Co to, to nie! Tam gdzie powieść powinna zwolnić, to zwalnia. Tam gdzie tempem ma chwycić za gardziel, chwyta.
Na uznanie zasługuje również fakt, że sam autor przemyca w książce dosyć istotne tematy, które co jakiś czas rozpalają opinie publiczną. Nieźle też motywuje kontrowersyjne treści. 
Na uwagę zasługuje też rozmach książki: Koziołek śmiało pogrywa sobie z osobistościami polityki, biznesu i tzw. wielkiego świata. Podczas gdy duża część autorów kryminałów skupia się na polu lokalnym, tutaj mamy raczej skalę ogólnokrajową. Dla mnie świadczy to o odwadze, więc plus.
Książka oczywiście nie jest wolna od mankamentów (nieco nachalne podobieństwo do dzisiejszego świata poprzez nazwiska i nazwy - to zgrzytało mi mocno w tej powieści. Rozumiem jednak motywacje), ale frajda z czytania śmiało przysłania większość z nich.
Bóg nie weźmie w tym udziału to cudownie bezpretensjonalna powieść. Książka, która czyta się z dużą przyjemnością. Podejrzewam, że większą frajdę sprawi mężczyznom, chociaż mogę się mylić. Dla mnie jeden z jaśniejszych punktów czytelniczych w tym roku, a Krzysztof Koziołek wędruje na listę must read.
Polecam!

P.S. Autor sam wydaje swoje powieści, więc jeśli ktoś ma ochotę, można je nabyć pod TYM adresem.



czwartek, 17 stycznia 2013

Szczęśliwi ci, którzy odchodzą z hukiem

Przeżyliśmy koniec świata. To dobra wiadomość. Pomijając całą komiczną, hucpę dotyczącą 21 grudnia, przeleciała mi przez głowę nie raz, nie dwa pewna myśl. Gdzie można byłoby przetrwać coś takiego jak apokalipsa? Czy jest to w ogóle możliwe? 
Po obejrzeniu filmu The Divide, doszedłem do wniosku, że chyba jednak zamiast ukrywać się, żeby przetrwać jakąś kosmiczną katastrofę, wolę zasiąść w przednim rzędzie i do końca podziwiać efekty.
The Divide opowiada prostą historię kilkorga ludzi, którzy aby uchronić się przed katastrofą, kryją się w piwnicy apartamentowca.
I to jest chyba najkrótszy opis filmu na tym blogu, ale z pewnością wystarczy. 
Przyznaję, że początek przypominał mi telewizyjne produkcje klasy niższej niż B, gdzie początkujący aktorzy zbyt mocno się wysilają, a przebrzmiałe gwiazdeczki, odkładają w czasie aktorską emeryturę. Taki był początek. To co działo się w filmie wraz z rozwojem akcji aż do ostatniej sceny, pozostawiło mnie niemego przez dłuższą chwilę z pustką w głowie. Otóż takiego filmu się nie spodziewałem.

Ciężko opowiadać o The Divide, nie zdradzając szczegółów fabuły. Jakkolwiek z opisu można domyślić się o co chodzi. Widziałem sporo tego rodzaju filmów, ale ta opowieść zadziałała na mnie chyba najmocniej.
Ogromnym atutem filmu jest ciężka, duszna atmosfera zamknięcia i wynikające z niej uczucie zaszczucia, zagrożenia. Najkrótsza droga do obłędu. Nad filmem od samego początku unosi się pewnego rodzaju opar czegoś dziwnego. Początkowe kwestie dialogowe są dziwne, a niektóre postacie irytują do granic. Z czasem widz zaczyna rozumieć ruchy scenarzystów i wszystko pięknie układa się w całość.
Mówiąc o tym filmie nie można nie wspomnieć o kreacjach aktorów. Rosanna Arquette, Milo Ventimiglia, Lauren German - dla mnie zestaw był średni. Oczywiście bardziej pomylić się nie mogłem. Rola Arquette bardzo mi się podobała, Laura German zagrała co najmniej poprawnie, ale to co zrobili Milo Ventimiglia (gość znany z serialu Heroes, jeśli jeszcze go nie wyguglowaliście) i Michael Eklund było jednym z najlepszych i najbardziej popierdolonych duetów w filmie. Gratulacje dla obu panów, bo wywołali u mnie ciary w wielu momentach.
Warto również zwrocić uwagę na dołującą i przejmująca muzykę Jeana Pierre'a Taieba. Rewelacyjnie dopełnia koncepcji całości.
Scenariusz pomimo tego, że nie był wolny od logicznych wpadek i małych niedorzeczności, spokojnie się broni. Jeśli przymkniemy oko, na niektóre rzeczy i skupimy się na tym, co twórca Frontieres Xavier Gens chciał przekazać, to myślę, że będziemy zadowoleni.
W tym wpisie celowo użyłem tylu nazwisk. Moim zdaniem, jeśli ktoś nie miał okazji oglądać tych osób wcześniej (jak ja pana Eklunda), to powinien zwrócić na nich uwagę.
Tak czy inaczej film oczywiście gorąco polecam. Przyznaję, że zostałem przez The Divide kopnięty w mordę. Oglądać, bo warto!

czwartek, 10 stycznia 2013

Dookoła świata z Mastertonem

Nowy rok rozpocznę od starocia.
Czytanie książek Grahama Matertona zarzuciłem bodajże w liceum i bynajmniej nie z powodu jakości jego powieści. Pamiętam, że gdy przeczytałem pierwsze pięćdziesiąt stron Czarnego Anioła najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze. Podjąłem wtedy decyzję, że kończę z horrorem (ech, młody, głupi...). Dziś takie reakcję poczytałbym na plus dla autora.
Dlatego w tym roku postanowiłem powrócić do sympatycznego Anglika i przynajmniej spróbować poznać bliżej jego bibliografię. A że panuje przekonanie, że sprawdza się on bardzo dobrze (może nawet lepiej) w krótkiej formie, więc na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań Czternaście obliczy strachu.
Wydane w 1995 roku Flights of Fear to swoista podróż dookoła świata. Masterton zabiera czytelnika w podróż od Belgii, przez Stany Zjednoczone po Maroko. W każdym zakątku szykując dla nas koszmar. Wychodzi to z większym lub mniejszym powodzeniem. W dużej części jest jednak całkiem dobrze.

Zacznijmy od słabszych punktów. Dziecko woodoo, Dywan, Korzeń wszelkiego zła to teksty, które w ogóle do mnie nie przemówiły. Średnie pomysły jeszcze bardziej średnio wykorzystane. Masterton w niektórych momentach dobrze prowadził swoją historię, aby w końcówce wypisywać jakieś bzdury. Do najjaśniejszych punktów tego zbiorku należą: Szara madonna, J.R.E. Ponsford, Serce Helen Day. Rewelacyjny jest przede wszystkim klimat tych opowiadań. Deszczowa Brugia z Szarej Madonny, atmosfera renomowanej angielskiej uczelni z J.R.E. Ponsford czy duszna aura Alabamy i przydrożnego moteliku, w którym zatrzymuje się główny bohater. Reszta opowiadań to zwyczajne średniaki. Są jeszcze dwa opowiadania, które niejako charakteryzują twórczość tego pisarza. Mowa oczywiście o tekstach Obiekt seksualny i Skarabeusz z Jajouki. Nie ma co ukrywać, to nic innego jak pewna chora forma pornografii, która nie tylko nie odrzuca, ale pozostaje w pamięci na dłużej. Masterton bardzo często wykorzystuje erotyzm jako czynnik wspomagający horror. Dyskusyjny jest poziom, ale trzeba przyznać, że w Skarabeuszu z Jajouki wyszedł nad wyraz dobrze. Facetom gwarantuję ciarki...
W ogólnym rozrachunku zbiór Czternaście obliczy strachu uważam za udany. Nie może być tutaj mowy o peanach pochwalnych, ale śmiało można rzec, że to kawał niezłego horroru okraszonego sporą dozą erotyzmu.
Fanom Grahama polecać nie muszę, bo zbiorek na pewno dawno mają już kilkukrotnie przeczytany, ale tym, którzy kiedyś się na pisarzu sparzyli lub nie mieli okazji poznać jego twórczości, polecam. Jest to niezły (ale na pewno nie najlepszy) wycinek twórczości Brytyjczyka.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Powrót na nocny dyżur

Czy wszystkie sequele są złe? Czy wszystkie muszą być złe? Czy w tym pieprzonym Hollywood nie może powstać choć jedna dobra kontynuacja horroru, która nie tylko trzyma poziom oryginału, ale również nie masakruje klimatu poprzedniej produkcji? Pewnie może. Ale Grave Encounters 2, na pewno do takich nie należy.
Całkiem przypadkiem trafiłem na tą produkcję. Mając w pamięci niczego sobie pierwszą część, z uśmiechem siadłem do filmu. Z uśmiechem go również skończyłem. Jak łatwo można się domyślić, nie był on rezultatem satysfakcji
z filmu.
Otóż "gotycki" chłoptaś Alex Wright, to zafascynowany horrorami młody człowiek. Ponieważ sam próbuje sił w tym jakże trudnym i wyczerpującym biznesie, więc stale szuka tematów na kolejne krawe produkcje. Tak trafia na ślad filmu Grave Encounters. Otóż, okazuje się, że film to żaden tam found footage, ale rzeczywisty zapis tego, co zdarzyło się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Od tego momentu film Grave Encounters i wyjaśnienie całej historii staje się dla Aleksa życiowym celem i obsesją.
Tyle. Druga część Grave Encounters to film w zamierzeniu właśnie found footage i choć ja nie jestem ortodoksyjnym fanem tego typu obrazów, zawsze z przyjemnością patrzę na takie produkcje. Tutaj z subtelną naroślą przyjemności, patrzyło mi się do połowy. Z czasem owa narośl zaczęła gnić, twardnieć i nadawała się jedynie do odcięcia.
O ile pierwsza część jest filmem z potencjałem, o tyle druga niestety go niszczy. Jak wspomniałem, do połowy film jest całkiem znośny. Dałem się ponieść konwencji, że Grave Encounters to schiza jak Blair Witch Project i przyznam, że film fabularnie w tym pomaga. Z czasem jednak zamiast subtelnego strachu i poczucia niepewności, które towarzyszy niektórym momentom pierwszej części filmu, dostajemy efekt burzy mózgów scenarzystów, którzy chcieli, żeby było strasznie, przerażające i obłąkańczo. Wyszło oczywście groteskowo i śmiesznie.
Nie ma się tutaj co uzewnętrzniać. Gra aktorska raczej marna, pomysł na fabułę niezły, choć wtórny, a wykończenie wyszło koszmarnie. 
Można powiedzieć: "miało być dobrze, wyszło jak zwykle", ale po co. Utyskiwania fanów gatunku i nie tylko ciągle odbijają się od elastycznych bram studiów filmowych, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję do zarobienia na czymś, z pewnością ją wykorzystają. Czyli, wilk syty, a owce znów ma się w dupie...