Nie ma chyba na świecie człowieka, któremu choć raz przez łeb nie przeleciała myśl, żeby cofnąć się w czasie. A to żeby naprawić błąd i podejść do wymarzonej dziewczyny, a to żeby wyjść wcześniej z tramwaju i uniknąć płacenia kary za bilet. Są również tacy (zalicza się do nich również autor bloga), którzy marząc o przeniesieniu się w czasie, najchętniej powstrzymaliby jakiegoś świra przed zrobieniem czegoś, co świat zapamięta na długo. Lista jest długa (Hitler, Stalin, Mao, itd.), więc i wybierać jest w czym. Ciekawe jak wyglądałby świat, gdyby w odpowiednim czasie przekupić komisję Akademii Sztuk Pięknych i przyjąć młodego Adolfa w szeregi artystów-studentów. Stephen King postanowił sprawdzić, co się stanie, jeżeli wyśle zwykłego faceta w późne lata 50' do Dallas.
Jake Epping to nauczyciel w małym miasteczku w stanie Maine. Któregoś dnia odkrywa u swojego znajomego w barze portal, który umożliwia mu przenosiny w czasie. Ponieważ Al, właściciel baru ma już kilka takich prób za sobą, prosi Jake'a by ten przeniósł się do Dallas i powstrzymał Lee Harvey'a Oswalda przed zabójstwem prezydenta Kennedy'ego.

I tyle, bo każda inna informacja na temat fabuły powieści to spojler.
Prószyński zrobił nie lada niespodziankę dla fanów Kinga, wypuszczając Dallas '63 w dzień światowej premiery. Długo przyszło czekać na tę cegłę (książka liczy 864 strony), ale warto było.
Żeby była jasność - nowa powieść to nie żaden fenomen. Nie detronizuje również moich osobistych topek w przypadku książek Kinga, ale daje sporo satysfakcji z lektury.
Przenosiny w czasie to temat powszechnie opisywany i King nie wprowadził w tej materii nic nowego. Natomiast ogromne uznanie należy się za kreację świata przełomu lat 50' i 60' w stanie Maine i Texas. Widać, że facet przygotował się do pisania tej powieści. Widać również ukrytą lekką tęsknotę Kinga za tym okresem, gdzie mógł dać wyraz temu poprzez tą książkę.
King jasno opowiada się za konkretnym stanowiskiem w sprawie zabójstwa JFK i w drobnych szczegółach przybliża kulisy zamachu oraz osoby z nim związane. Jego hipoteza jest jak najbardziej do przyjęcia, dzięki wiarygodnemu opisowi zdarzeń.
Ale oprócz klimatu tych cudnych lat Ameryki (kto lubi trylogię Powrotu do przyszłości, ten będzie zadowolony) i dobrego przygotowania do pracy nad powieścią, Steve nadmuchał ją dosyć mocno. Wodolejstwo Kinga jest zarówno odpychające i irytujące, jak i zachwycające. Sprzeczność w osądach tłumaczę sobie nastrojem czytającego, bo inaczej nie potrafię. Można tą książkę odchudzić, myślę, że wyszłoby jej to na dobre. Z drugiej strony ukrócić wodolejstwo Kinga, to tak jakby zabrać nam część samego autora.
Szczerze mówiąc, trochę żal wracać z Dallas. Ten tydzień żyłem w dwóch miastach, czasach, światach jednocześnie i cholernie mi się podobało. Za to Kingowi jestem zawsze wdzięczny. Tak jak powiedziałem, żal wracać, ale z drugiej strony, na półce, jakby nigdy nic, pyszni się "królicza nora", która w każdej chwili może przenieść mnie w czasie. Kiedy tylko będę miał ochotę.