czwartek, 28 lipca 2011

Z siekierą w zamku strachu

Jako dziecko człowiek wpada na róże pomysły. Mnie wielokrotnie (nawet teraz) wpada pomysł, żeby zostać gdzieś na noc. Chodzi mi tutaj o sklepy, magazyny lub inne miejsca tego typu. Wydaję mi się, że każdy miał przynajmniej raz w życiu taką myśl. Chęć spędzenia nocy wielokrotnie kołatała mi kiedy do mojej miejscowości przyjeżdżało wesołe miasteczko. To by było coś, móc całą noc jeździć na kolejkach czy samochodzikach (wybaczcie naiwność - byłem dzieckiem). Potem jakimś cudem obejrzałem The Funhouse, później przeczytałem Tunel Strachu i niedawno znów powtórzyłem seans The Funhouse. Te zabiegi skutecznie i myślę, że chyba na całe życie wybiły mi z głowy chęć nocowania w takim miejscu jak wesołe miasteczko.

Kiedy w małej mieścince pojawia się wesołe miasteczko jest to doskonała okazja dla czwórki młodych amerykanów, aby poszaleć na karuzelach, porozbijać samochodziki czy zwiedzić zamek strachu. Jak to bywa w pewnym wieku jest to również doskonała okazja do sprawdzenia co dziewczyny noszą pod bluzkami. Tak również dzieje się i tutaj i grupa mocno podgrzanych młodych ludzi postanawia pobaraszkować w zamku strachu w wesołym miasteczku po jego zamknięciu. Można było z tego zrobić zupełnie inny gatunkowo film, ale tym razem wesołe miasteczko jest zupełnie inne, a pomysł spędzonej w nim nocy okaże się wyjątkowo pechowy...
Uwielbiam klimat lat osiemdziesiątych. Jeśli dodać do tego grupę krążącą po lunaparku przed psycholem (chyba nie zepsułem nikomu zabawy?), to wydawać by się mogło, że jest idealnie. No cóż, nie jest.
Bezsprzecznie można powiedzieć, że film ma świetny klimat. Odpowiednio poprowadzona fabuła zmierza ku widomemu finałowi cały czas podgrzewając atmosferę. Praktycznie połowa filmu jest rewelacyjna. Aż do pojawienia się czegoś z czym będą musieli zmierzyć się młodzi ludzie.
Tutaj znajduje się największy zgrzyt tego filmu. Nie chce nikomu psuć frajdy, więc powiem tylko, że takie rozwiązanie sprawy i taka postać mordercy u mnie wywołała salwy śmiechu i poczucie żenady niż strachu przed tym czymś. Nie wiem jak inni odbierają postać mordercy, ale ja bardziej bałem się czarnego (początkowo) charakteru w Goonies...
Tak czy siak film warto obejrzeć. Albo jeszcze lepiej: najpierw z rana przeczytać powieść Koontza, później obejrzeć film, a wieczorem wybrać się do wesołego miasteczka. Wszystko naraz powinno sprawić, że z dozą nieufności wjedziemy dziwnym wózkiem do zamku strachu, Kto wie, co może się tam kryć?

czwartek, 21 lipca 2011

Nie samym horrorem człowiek... Cz. 1

Jako, że nie samym horrorem człowiek żyje, to chciałem zacząć dzielić się pozycjami, które z gatunkiem moim ukochanym nie mają nic wspólnego, a jednak robią na mnie wrażenie.
Dzięki kobiecie mojego życia mam okazję zapoznać się z filmami i książkami, których normalnie sam najprawdopodobniej nigdy nie wziąłbym z półki. Ona natomiast nie raz podsuwa mi daną pozycję pod nos, nagabując subtelnie, że widziała i że warto, że dobre, lub nie widziała a może być ciekawe. Niewypał zdarzył się może ze dwa razy, ale w zdecydowanej większości było to kapitalne kino.
Podobnie jest w przypadku filmu, który na swój prosty sposób mnie oczarował. Wszystko będzie dobrze to kawał świetnego polskiego kina, które tak rzadko gości na rodzimych ekranach. A szkoda.
12-letni Paweł zawiera układ z Matką Boską. On przebiegnie w pielgrzymce na Jasną Górę ok. 500 kilometrów, a ona przywróci zdrowie jego chorej na raka matce. Przekonany do swego pomysłu i pełen nadziei chłopiec wyrusza w morderczą podróż. Żeby nie było nudno, "eskortuje" go alkoholik, który jest jego nauczycielem WF-u.
Czym zachwyca ów obraz, ktoś spyta. Nadzieją, nieśpieszną akcją, naturalnością postaci i sytuacji, realizmem i grą aktorską. Jestem zdania, że w Polsce mamy wielu wybitnie uzdolnionych aktorów. Niestety większość z nich, aby mieć za co żyć, zmuszona jest to pracy z debilowatymi scenarzystami i reżyserami, chcącymi zrobić kretyńskie Hollywood. Ten film mnie w tym utwierdza. Aktorsko jest wręcz idealnie. Robert Więckiewicz wielkim aktorem jest, co do tego wątpliwości nie ma. Adam Werstak świetnie mu dorównuje, pomimo, że pojawia się pierwszy raz na ekranie. Wszyscy inni grają naprawdę bardzo dobrze.
Ten film to taki słodko-gorzki obraz ludzkiego życia. Nadzieja, którą duża część ludzi żyje okazuję się płonna, ale jednocześnie jest jedynym elementem egzystencji, pozwalającym na dalsze życie. Ten film toczy się leniwie, do bólu naturalnie. Tutaj nie ma miejsca na patetyczne mowy, wzniosłe gesty czy inne bzdury. To film o życiu. Paweł nie pokonuje tej drogi w sposób cudowny. Nie, zdziera skórę stóp do krwi. Okupuje to widocznym na ekranie bólem. Nauczyciel Andrzej nie budzi się cudownie z podłego nałogu, walczy, ale walczyć można również do pijackiej śmierci.
Nie chce za dużo zdradzać. Powiem tylko, że Wszystko będzie dobrze to piękne kino. Bezpretensjonalne, spokojne i uczciwe wobec widza. Bez zbędnej plejady gwiazd, w zamian z aktorami debiutantami. To piękna opowieść o nadziei, miłości, szczęściu, nieszczęściu i smutku. Jakkolwiek patetycznie to nie brzmi to film o życiu. Piękny film o życiu.

W bunkrze strachów wszelkich

Łatwo ulegam moim kapryśnym klimatom horroru, więc tu o kolejnym filmie z II wojną światową w tle. Bunkier SS, tak często mylony ze znakomitym Bunkrem i często z nim niesłusznie porównywany, obrzucany jest błotem na lewo i prawo. A ktoś dopatrzył się idiotyzmów fabularnych, nieścisłości historycznych czy nawet szczegółów militarnych. Wszystkim, którzy go oczerniają, z pełnym szacunkiem dla wzajemnych różnych gustów pokazuje środkowy palec. Moim zdaniem film ma klimat jak cholera i co najważniejsze straszy.
Cofający się Szkopy trafiają do opuszczonego bunkra gdzieś w Belgii. Bez szans na odparcie ataku oraz bez środków do życia zaczynają rozpaczliwą próbę znalezienia wyjścia, prze które mogliby czmychnąć napierającym wrogim wojskom. Znalezienie wyjścia okazuje się jednak wybitnie trudne, a sam bunkier, można redefiniować i przestać nazywać "schronieniem".
Bunkier SS działa na wyobraźnię. Przynajmniej na moją zadziałał. Nie dlatego, że jest to obraz wybitny czy fantastycznie zrealizowany. Dlatego, że żyjemy w pięknym kraju, który usiany jest takimi bunkrami. Sto pięćdziesiąt metrów od mojego rodzinnego domu znajduje się bunkier, który do dziś mnie przeraża i do którego za nic bym nie wszedł. Bunkier SS nie poprawił tej sytuacji, a jedynie ją wzmocnił uczucia sprzeciwu.
Po raz kolejny jest to jeden z filmów, w których niespecjalnie dużo się dzieje, a klimatem straszy. Izolacja, ciągłe poczucie zagrożenia, brak możliwości wyjścia z piekielnego bunkra. Do tego dochodzą postacie snujące się wewnątrz, odgłosy innych ludzi, których absolutnie powinno tam nie być oraz wojenne wspomnienia i sny, z którymi w takich warunkach człowiek zaprzyjaźnia się najszybciej. Film nigdy nie był kasowym hitem, a raczej produkcją bardziej "kameralną", co nadaje mu specyficzny klimat, a samemu obrazowi wychodzi na duży plus. Jeżeli jestem w stanie przejąć się piątką Szkopów zamkniętych w tym cholernym bunkrze, to aktorsko jest w porządku. Można doczepić się pewnych kwestii logicznych, ale takie wyszukiwanie bezsensownych niuansów zepsuje jedynie radość z oglądania tego obrazu.
Podsumowując, jest to kolejne świetne połączenie tematyki II wojny światowej i horroru. Jest to kolejny obraz odbierany głównie sensualnie. Dla osób wymagających flaków i akcji na ekranie - kompletna nuda. Dla innych, którzy cenią klimat, tematykę - w sam raz. No i po raz kolejny powtarzam, rozglądnijcie się wokół siebie, a na pewno znajdziecie coś podobnego do budowli w filmie. A po seansie pora a małą eksplorację.

W dół, coraz głębiej

Powiadają, że najgorszą śmiercią jest śmierć przez uduszenie. Powolne odczuwanie braku tlenu przez każdą komórkę ciała. Rozpaczliwe próby znalezienia dodatkowego źródła powietrza. Gorsza o tej śmierci może być jedynie świadomość, że takowy koniec nastąpi prędzej czy później. Idąc tym tropem można zastanawiać się co czuli marynarze Kurska, ale wydaje się to bezcelowe. Człowiek nie potrafi sobie takiej rzeczy wyobrazić. Może mieć na jej temat mgliste pojęcie obracać je w filmy takie jak Ciśnienie. Oczywiście do czasu, kiedy kapryśny los wyznaczy go, aby spróbował tego, co tak bardzo chciał odkryć.
Te pseudofilozoficzne rozważania są niejako wstępem do filmu, który zrobił na mnie spore wrażenie. Ciśnienie, jak wcześniej wspomniano to film o łodzi podwodnej, która podczas II wojny światowej, która ratuje młodą lekarkę z opresji, a wraz z nią jeszcze jednego żołnierza. Ratuje to powiedziane nad wyrost, gdyż sama łódź stanowi dla członków załogi śmiertelną pułapkę. Oni sami dla siebie również.
Ach, któż nie zwariowałby płynąc w głębinach metalową kapsułą, wiedząc, że w razie wypadku próżno szukać pomocy czy ratunku, a można jedynie przygotować się na śmierć? O tym właśnie jest Ciśnienie. Oczywiście nie dosłownie.
Film przesiąknięty jest wilgotnym, dusznym i mrocznym klimatem. Mnie samego przeraża ciemność głębin, a w tym filmie jest to niemal namacalne. Skrzypienie łodzi, dziwne dźwięki, spowijająca wszystko czerń, rozświetlana małymi płomykami lamp. Wszystko okraszone niepokojącą atmosferą. Kolejny obraz, w którym widz może poczuć zaciskającą się na na gardle pętlę strachu. Stosunki między załogą zaczynają się psuć, co jest niemal naturalne w chwili zagrożenia, które nieustannie towarzyszy ekipie tej morskiej kapsuły.
Aktorsko i fabularnie bez zarzutu. Poprowadzony w odpowiednią stronę, wyważony i odpowiednio zrealizowany film.
Siłą Ciśnienia jest bez wątpienia klimat. Mam wrażenie, że film kręcony był po to, żeby widz poczuł na skórze wilgoć z nieszczelnych grodzi, żeby zahuczało mu w głowie z chwilą schodzenie coraz głębiej i głębiej i żeby zastanowił się co mógłby zrobić w sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie filmu.
Komu polecić. Absolutnie każdemu. Dla mnie połączenie militarystyki (na której kompletnie się nie znam), II wojny światowej i horroru, thrilllera czy science-fiction to mieszanka, którą kupuję niemal w każdej postaci. Oczywiście nacinam się wielokrotnie, ale zaświadczam, że po obejrzeniu Ciśnienia nic takiego nie grozi. Oglądać!

czwartek, 14 lipca 2011

Twoja czaszka to jego trofeum

Dżungla, tragiczny upał, koszmarne robactwo. Do tego banda uzbrojonych po zęby partyzantów w obozie, który musimy rozpieprzyć. Brak wsparcia, a w dokumentach prawdopodobna adnotacja o "misji samobójczej". Może być jeszcze gorzej? Oczywiście. Kiedy cały pakiet koszmaru blednie przy czymś, co zaczyna polować nas polować. Coś czego nie widać, ale stale czuć tego obecność. Coś co przychodzi niezauważone, a nas bierze jako trofea. Brzmi znajomo? Oczywiście Predator.

Nie wiem czy jest jakikolwiek sens, żeby przedstawiać komukolwiek fabułę, ale w razie gdyby trafił się ktoś kto... Nie, brakuje mi pomysłu. Każdy zna ten film, przynajmniej szczątkowo.
Zacznę od tego, że Predatora widziałem po raz pierwszy z nieśmiertelnym dubbingiem niemieckim na odstawiającej harce taśmie VHS. Arnie śmigał po dżungli wrzeszcząc w ojczystym języku i strzelając na lewo i prawo, a ja, zachwycony gówniarz aż podskakiwałem z radości na kanapie, kiedy dziurawił wrogów. Tak było do momentu, kiedy na scenie nie pojawił się tytułowy bohater. Pamiętam, że już sama obserwacja wywołała ciary na plecach, a kiedy nastąpiła finałowa konfrontacja, to prawie narobiłem w gacie na widok genialnej postaci predatora. Po około piętnastu laty uczucie przy seansie Predatora są niemal identyczne. Dalej odczuwam dziecięca fascynację akcją zorganizowaną w obozie partyzanckim. Naiwnie podziwiam siłę faceta z dziwnym akcentem ("Get to the choppa - genialne!") oraz czuje się wybitnie nieswojo, gdy zaczyna się cała kołomyja z predatorem.
Ktoś powie magia kina lat osiemdziesiątych. Ja powiem raczej magia obrazu McTiernana, Arnie'go i śp. Kevina Petera Halla w cudowny sposób wcielającego się w rolę potwora z kosmosu. Faceta uważam za geniusza, bo żeby zagrać tak przekonująco w kostiumie w takim upale, jaki panował na planie, trzeba być albo wybitnie uzdolnionym albo mieć potwora w sobie.
Predator to dla mnie absolutna klasyka kina z pogranicza horroru , science-fiction i sensacji. Absolutnie genialny pod każdym względem i przy tym banalnie prosty. Oprócz filmu polecam również dokument If it bleeds, we can kill it, który ilustruje ile zostało włożone, by ten film wyglądał jak wyglądał.