niedziela, 13 lipca 2025

Książki przede wszystkim, czyli z pasji do sklepu

11 lat! Tyle lat minęło od ostatniego wpisu! Czy więc wskrzeszam tego truposza po latach? 

I tak i nie!

Wskrzeszam pasję do pisania, ale przede wszystkim do książek w nieco innej formie. Otóż stworzyliśmy coś wspaniałego dla Was czytelników, którzy tak jak ja uwielbiacie rytuał czytania i obcowanie z książkowym światem w różnych formach. 

Sklep bookgap.pl jest dla tych wszystkich, dla których książki i literatura to bardzo ważna (jeśli nie najważniejsza) część życia.



Jeśli szukacie pięknych ręcznie wykonanych drewnianych zakładek, stylowych podpórek, booktrackerów pomagających śledzić książkowe wyzwania - to wszystko znajdziesz na bookgap.pl 

Prezenty dla tych, dla których książki stoją na szczycie piramidy potrzeb - literackie bookboxy, breloczki, kubki, świece sojowe czy puzzle książkowe - mamy to wszystko!










Śmiało! Wejdźcie na bookgap.pl - dla fanów horroru też się coś znajdzie :)

środa, 31 grudnia 2014

Krzyczmy wszyscy!

Ponownie z Jerrym z Jerry's Tales zasiedliśmy do mikrofonów. Tym razem wzięliśmy się za barki z kolejnym klasykiem Wesa Cravena, czyli serią filmów Krzyk.
Enjoy!
Ponownie ogromne podziękowania dla Jerry'ego, który zajął się techniczną stroną.


Download

czwartek, 4 września 2014

Wrocław horrorem stoi, czyli Horror Day 2014!

Jeśli ktoś zastanawia się, co robić w weekend, dokładnie za miesiąc, 4 października 2014 to może przestać się zastanawiać. Koniecznie trzeba pojawić się na Horror Day - Dolnośląskim Festiwalu Grozy! Impreza będzie miała miejsce w samym sercu miasta w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej im. Tadeusza Mikulskiego na Rynku (dokładnie Rynek 58). Będą spotkania, prelekcje, warsztaty, pokazy filmów i dyskusje - wszystko w ciągu jednego intensywnego dnia. Także rezerwujcie terminy, odwołujcie plany na ten dzień i przyjeżdżajcie do Wrocławia!



Więcej informacji na www.facebook.com/festiwalgrozy


czwartek, 3 kwietnia 2014

American Horror Story

Kto ma uszy, niechaj słucha.
Po raz kolejny zasiedliśmy z Jerrym z bloga jerrystales.blogspot.com, żeby tym razem zająć się jednym z lepszych seriali z horrorowej półki. American Horror Story - kto nie oglądał niech posłucha i nadrabia, kto już widział, niech słucha i skonfrontuje swoje poglądy z naszymi w komentarzach.

Oczywiście wielkie podziękowania należą się Jerry'emu, który wziął ciężar kwestii technicznej na siebie, za co jestem ogromnie wdzięczny oraz dwóm rozmówcom, którzy podzielili się swoimi odczuciami na temat serialu: MyszyMyszamovie oraz Michałowi Mistycyzmu popkulturowego

Mnie nie pozostaje nic innego jak zaprosić do słuchania. Enjoy!




środa, 31 lipca 2013

Interview with David Morrell / Wywiad z Davidem Morrellem

Nie ma chyba na świecie osoby, która nie zna postaci Johna Rambo. Fikcyjny bohater, sportretowany przez Sylvestra Stallone wrył się w popkulturową świadomość co najmniej tak mocno jak czerwona chusta, którą często przewiązywał sobie czoło. Ojcem tej niesamowitej postaci jest znakomity pisarz David Morrell. Odkryłem go kilka lat temu, rozpoczynając swoją przygodę z jego twórczością właśnie od książki Rambo: Pierwsza krew. Do tej pory uważam ją za jedną z najlepszych, jakie przeczytałem w tym temacie (podobne zdanie mam również o filmie - uwielbiam go). Później odkryłem, że David Morrell jest wszechstronnym twórcą, który śmiało i często sięga po elementy grozy i horroru.
W związku z tym, że jego nowa książka nie tak dawno trafiła do sprzedaży w Stanach Zjednoczonych (mam nadzieję, że w Polsce będzie niedługo), postanowiłem zadać autorowi kilka pytań o gatunek horroru i suspensu, w którym często się porusza. David Morrell okazał się miłym, fajnym i rzeczowym facetem.
Co z tego wyszło?
Przeczytacie poniżej. Miłej lektury.

(Polska wersja wywiadu znajduje się pod angielską. Tłumaczenie całości jest moim dziełem, więc tylko ja odpowiadam za wszelkie siermiężne zwroty czy niezrozumiałości)

Anti-expert Horror Blog: Mr. Morrell, thank You very much for answering a few questions. 
The Totem, Creepers, Black Evening and many of your other novels contain some horror or dark suspense elements. What do you think is so interesting about the horror genre?

David Morrell: Douglas E. Winter famously said that genres could be defined by the emotions they create. He believed that the dominant emotion of horror was fear. Thrillers also share that emotion. The big difference is the tone they use. For me, the best horror has an eerie mood whereas thrillers evoke excitement. In my writing, I tried to combine the two elements, especially in Creepers, which received a Stoker Award from the Horror Writers Association while it also received a thriller award from the Love Is Murder mystery/crime conference.


AHB: Your new book Murder as a fine art is set in gaslight London. England's capital in 19th century is one of my favorite sets for novels, especially those which contain horror or suspense. How did the work on this novel look like? Did you have to make a lot of research about that period and city?


David Morrell: I studied the writing of Thomas De Quincey when I was a student in a Romantic and Victorian literature course in college. He’s most known for Confessions of an English Opium-Eater and his three essays about On Murder Considered as One of the Fine Arts. In 2009, a reference to him in a movie about Charles Darwin, Creation, made me curious enough to start reading him again. Seventy years before Freud, he invented the term “subconscious”. His massive opium intact gave him epical nightmares that made him start thinking about the nature of dreams, again anticipating Freud. I decided to use him as the main character in a novel set in 1854 London, at the start of the detective-novel tradition. I quickly realized that London would be as big a character as De Quincey, so I embarked on two years of research until I convinced myself that I was literally in that era. My task then became to convince readers that they also were in 1854 London. Reviewers have been very enthusiastic about how real the scenes feel.

             (artwork by Tomislav Tikulin)

AHB: Jeffrey Deaver said that "the goal is suspense not gore". I can't fully agree with that, because for me a good suspense novel should have some macabre or gory elements. What is your opinion about this? Do you find gore and macabre in books cheap or just elements that can intensify novel?


   (artwork by Tomislav Tikulin)
David Morrell: It all depends on the story.  If an author sets out to write an Agatha Christie so-called “cozy” mystery, readers have a certain expectation about gentility.  Gore would be an unwelcome intrusion.  But as a thriller writer who often has a horror tone, I use gore if it’s justified.  The first chapter of Murder as a Fine Art is a good example.  The novel replicates the infamous Ratcliffe Highway murders, the first publicized mass murder in English history.  As word about them spread via mail coaches, not only London but all of England became paralyzed with fear.  My first chapter replicates the murders. It’s a shocking scene that was essential to the novel’s purpose. In an introduction, I even warned readers that the first chapter would be strong.  Even so, a few readers (expecting a genteel version of Victorian London) were shocked. In general, I prefer suspense, but if my intention is to write about the effects of violence, then I don’t flinch from describing it.


AHB: Werewolves, vampires and other monsters... Do you think that after the success of the Twilight books, there is a space for evil vampires or werewolves in literature? Can writers still use those figures to scare readers?

David Morrell: I think that Bram Stoker’s brilliant novel, Dracula, can be considered the first serial-killer novel.  I admire Stephen King’s ‘Salem’s Lot, which combines Dracula with Peyton Place.  These books illustrate that sometimes a vampire novel can feel fresh.  In The Totem, I tried to write a werewolf novel that would change the conventions and provide a new perspective on the archetype.  Of late, though, the multitude of vampire books seem to me repetitive and predictable. I can’t get excited about them. But there’s always room for a new perspective.  What we perhaps need is a new version of Richard Matheson, who in the 1950s gave us an original vampire novel, I Am Legend.

AHB: Personally I think that horror in cinema is in some kind of an impass. There are a lot of remakes, reboots and other not much original stuff. What is your opinion about modern horror in cinema?

David Morrell: Too many horror movies go for shock rather than mood. I prefer Val Lewton’s approach where in something like The Cat People the horror was on the edge of the shadows.  That said, I was impressed by previews for the upcoming horror films Insidious 2 and The Conjuring, which seemed to be emphasizing mood. When the mood is right, I even start to chuckle with satisfaction.  For me, no ghost film has yet equaled the 1940s black-and-white movie, The Uninvited, with Ray Milland and Gail Russell.

AHB: Did you ever had the feeling that you should hit on an idea before one of your friends who are suspense writers? For example, you finish a Preston & Child novel and think: "Damn, Pendergast is such a great character, I should have invented him"?

David Morrell: Douglas Preston and I are friends. I greatly admire the novels he writes with Lincoln Child (whom I met recently) and the ones he writes on his own. My favorite is The Cabinet of Curiosities, which in a slight way made me want to write Creepers, even though there’s no obvious similarity. I can’t say that Pendergast or any character by any other author made me believe that I too could have created them. When I teach writing, I emphasize that each of us is unique, with particular forces that came together to create out personalities. By that logic, nobody else except me could have created Rambo. What troubles me is when authors (not to be named here) decide to imitate and chase the market, creating characters that are clearly modeled on those by others.

AHB: Your books are very popular in Poland. Anything you want to say to Polish fans? Any plans visiting our country?

David Morrell: In 2001, my then publisher in Poland, Amber, brought me to Poland for a publicity tour. My wife and I absolutely loved our visit. My wife is of Polish ancestry, so that made the visit doubly special. The people, the scenery, the food—we were delighted by the entire experience. At the moment, I don’t have any plans to return, but anything can change. I have a list of my scheduled appearances on the EVENTS page of my website www.davidmorrell.net. I’m very grateful for the enthusiasm of my Polish readers.

AHB: Thank You for an interview and I'm  hoping to read Murder as a fine art in Poland very soon.


    (photo by Jennifer Esperanza)


POLSKA WERSJA

Anti-expert Horror Blog: Witam i dziękuję, że zgodził się Pan odpowiedzieć na kilka pytań.
Totem, Infiltratorzy, Czarny wieczór oraz wiele innych pańskich powieści zawiera elementy horroru lub mrocznego suspensu. Co jest pana zdaniem interesującego w tym gatunku?

David Morrell: Douglas E. Winter powiedział kiedyś, że gatunki mogą być definiowane przez emocje, które wzbudzają. Jego zdaniem, dominującym elementem emocji w horrorze jest strach. Podobnie rzecz ma się z gatunekim jakim jest thriller. Największa różnica polega na natężeniu.
Osobiście uważam, że najlepsze horrory powinny posiadać dziwny i niesamowity klimat, natomiast dobre thrillery powodować pewien rodzaj ekscytacji. Gdy piszę, staram się połączyć oba te elementy, szczególnie w powieści Infiltratorzy, która otrzymała Nagordę Brama Stokera oraz nagrodę Love Is Murder.

AHB: Akcja Pana nowej książki Morderstwo jako dzieło sztuki rozgrywa się w oświetlonym gazowymi lampami Londynie. Stolica Anglii w dziewiętnastym wieku jest jednym z moich ulubionych miejsc, w których można osadzić akcję powieści, szczególnie takiej, która zawiera elementy horroru czy suspensu. Jak wyglądała praca nad tą powieścią? Czy dużo czasu poświęcił Pan na badania tego okresu i samego ówczesnego miasta?

David Morrell: Poznałem twórczość Thomas De Quincey'ego w czasie studiów na kursie literatury romantycznej i wiktoriańskiej. Jest on najbardziej znany z dzieła Wyznania angielskiego opiumisty i inne pisma oraz trzech esejów O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych. Wzmianka o nim w filmie Darwin. Miłość i ewolucja spowodowała, że zainteresowałem się tą postacią na nowo. Siedemdziesiąt lat przed Freudem wymyślił on termin "podświadomość". Eksperymenty z opium spowodowały u niego koszmary, dzięki którym zaczął interesować się naturą snów, ponownie wyprzedzając myśl freudowską. Zdecydowałem się więc uczynić go głównym bohaterem mojej powieści, a akcję przenieść do Londynu z 1854 roku, w początki powieści kryminalnej. Jednak szybko zdałem sobie sprawę, że głównym bohaterem będzie zarówno De Quincey jak i samo miasto. Poświęciłem dwa lata na studiowanie źródeł, aż w końcu byłem pewny, że - dosłownie - jestem w tych czasach. Moim zadaniem było sprawić, aby czytelnik czytając Morderstwo jako dzieło sztuki również poczuł, że jest w Londynie w 1854 roku. Recenzenci bardzo entuzjastycznie wypowiadali się na temat realności samej powieści.

AHB: Jeffrey Deaver powiedział kiedyś, że "kluczem jest suspens, a nie brutalność". Nie do końca potrafię się z tym zgodzić, ponieważ uważam, że dobra książka z tajemnicą i suspensem powinna przynamniej zawierać elementy makabry i brutalności. Jakie jest Pańskie zdanie na ten temat? Czy uważa pan makabrę i elementy gore za tandetę czy może czynnik, który powoduje, że książka jest bardziej "soczysta"?

David Morrell: Wszystko zależy od historii, którą opowiada książka. Jeśli pisarz siada do pisania z zamiarem stworzenia czegoś na kształt prozy Agathy Christie, czytelnicy mają określone oczekiwania. W takich sytuacjach elementy gore mogą być co najmniej niepożądane. Ja jednak, jako pisarz thrillerów, zahaczających o horror, posługuję się makabrą, jeśli znajduje ona swoje uzasadnienie. Doskonałym przykładem jest pierwszy rozdział Morderstwa jako dzieła sztuki. Sama powieść oparta jest między innymi na morderstwach Ratcliffe Highway (siedem okrutnych mordów na dwu rodzinach w grudniu 1811 roku nieopodal Londynu - tłum.), pierwszym upublicznionym masowym morderstem w historii Wielkiej Brytanii. Wieść o tym wydarzeniu dotarła daleko poza granice Londynu, wywołując tym samym falę strachu w całej Anglii. Pierwszy rozdział mojej powieści to odtworzenie tych morderstw. Jest to szokująca scena, jednak bardzo znacząca dla całej powieści. We wstępie zaznaczam nawet, że pierwszy rozdział jest brutalny. Mimo to, niektórzy czytelnicy, zapewne spodziewający się bardziej dostojnej wersji wiktoriańskiego Londynu, byli zszokowani. Osobiście jednak preferuję bardziej suspens niż gore, jeśli jednak piszę o efektach przemocy, nie wzdrygam się przed opisywaniem jej samej.

AHB: Wilkołaki, wampiry i inne potwory... Czy uważa Pan, że po sukcesie książek takich jak Zmierzch jest jeszcze miejsce w literaturze na złe wampiry czy wilkołaki? Czy pisarze mogą dalej się nimi posługiwać, żeby straszyć swoich czytelników?

David Morrell: Wydaje mi się, że wspaniała powieść Dracula Brama Stokera może być odczytana jako pierwsza powieść o seryjnym mordercy. Uwielbiam powieść Miasteczko Salem Stephena Kinga, które łączy w sobie dzieło Stokera i Miasteczko Peyton Place. Takie powieści pokazują, że czasem opowieść o wampirach może być świeża. W swojej książce Totem próbowałem napisać o wilkołakach, ale w sposósb przełamujący obowiązującą konwencję. Ostatnio jednak, masa książek o wampirach wydaje się być monotonna i przewidywalna. Żadna z nich mnie nie bawi.
Ale zawsze znajdzie się miejsce na nowe spojrzenie. Tym, czego prawdopodobnie potrzebujemy jest nowy Richard Matheson, który w latach pięćdziesiatych dał nam oryginalną powieść o wampirach Jestem legendą.

AHB: Uważam, że kinowy horror jest w zastoju. Zbyt wiele jest remake'ów, rebootów, za mało natomiast oryginalności. Jak jest Pańska opinia na temat współczesnego horroru w kinie?

David Morrell: Zbyt wiele horrorów skupia się na szokowaniu widza, niż na tworzeniu klimatu. Wolę podejście Vala Lewtona, gdzie np. w filmie Ludzie-koty groza czai się na skraju cienia. Niemniej jednak, byłem pod wrażeniem filmów takich jak Naznaczony 2 czy Obecność, które wydają się być klimatyczne. Kiedy film posiada dobry klimat, zdarza mi się nawet cicho chichotać z satysfakcją. Dla mnie, żaden obraz o duchach nie może się jednak równać z czarno-białym dziełem lat czterdziestych pt. The Uninvited z Rayem Millandem i Gail Russell.

AHB: Czy kiedykolwiek miał pan uczucie, że powinien wpaść na jakiś pomysł wcześniej niż któryś z pana kolegów pisarzy? Na przykład, kończy Pan książkę duetu Preston i Child i mówi do siebie: "Cholera, Pendergast jest świetną postacią, mogłem wcześniej na taką wpaść".

David Morrell: Douglas Preston i ja jesteśmy przyjaciółmi. Uwielbiam jego twórczość, zarówno solową jak i w duecie z Lincolnem Childem (którego niedawno poznałem). Moją ulubioną powieścią jest Gabinet osobliwości, który w jakimś stopniu zainspirował mnie do napisania Infiltratorów. Oczywiście między tymi dwiema powieściami nie ma żadnych podobieństw. Muszę powiedzieć, że ani Pendergast, ani żadna inna postać stworzona przez innych twórców, nie wywołała u mnie poczucia, że mogłem ją wymyślić. Kiedy nauczam pisarstwa, podkreślam, że każdy z nas jest wyjątkowy i wszyscy posiadamy unikalne cechy i siły, które składają się na naszą osobowość. Idąc tym tropem, nikt inny, prócz mnie, nie mógł wymyślić Rambo. To, co mnie denerwuje, to kiedy inni autorzy (bez nazwisk) wbijają się w rynek, poprzez bohaterów, bardzo podobnych do tych już istniejących.

AHB: Pana książki są bardzo popularne w Polsce. Chciałby Pan coś powiedzieć polskim czytelnikom? Ma pan w planie odwiedziny w naszym kraju?

David Morrell: W 2001 roku, mój ówczesny polski wydawca Amber zaprosił mnie do Polski w ramach trasy promocyjnej. Mojej żone i mnie bardzo spodobała się ta wizyta. Żona ma polskich przodków, więc to spowodowało, że ta wizyta była podwójnie wyjątkowa. Ludzie, kraj, jedzenie - byliśmy zachwyceni całością. Na chwilę obecną nie mam żadnych planów przyjazdu do Polski, ale wszystko może się zmienić. Przebieg moich tras promocyjnych i wizyt można śledzić na stronie www.davidmorrell.net. Jestem bardzo wdzięczny na entuzjazm moich czytelników w Polsce.

AHB: Bardzo dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że szybko przeczytamy Morderstwo jako dzieło sztuki w Polsce.

sobota, 22 czerwca 2013

Koszmar z ulicy Wiązów na dwa głosy

Jako że forma podcastu ostatnimi czasy staję się coraz bardziej popularna i bardzo podoba się autorowi bloga, postanowiłem i ja spróbować swoich sił w takiej formie... Właściwie nie tylko ja - Jerry z bloga http://jerrystales.blogspot.com/ zgodził się na małą internetową pogawędkę o serii filmów, od której zacząłem recenzowanie na blogu. Od debiutu pierwszego Koszmaru z ulicy Wiązów mija dwadzieścia dziewięć lat i pomyślałem, że warto pochylić się nad tak kultową serią. Temat rzeka, więc z Jerrym postanowiliśmy zastanowić się nad fenomenem straszenia brudnym zielono-czerwonym swetrem i upiornym dźwiękiem przesuwania nożami po stalowych szczęściach okolicznej architektury.
Chciałbym z tego miejsca podziękować koledze Jerry'emu  za stronę techniczną przedsięwzięcia oraz jeszcze kilku osobom, które miały udział w tworzeniu nagrania:

Michałowi Kowalowi i Szymonowi Adamusowi z podcastu Masa Kultury (kto nie zna, niech koniecznie nadrobi braki) http://masakultury.pl/

Skurze z Radia StephenKing.pl, które możecie znaleźć na http://radio-sk.blogspot.com/ (podcast o jednym z najlepszych pisarzy na świecie, również gorąco polecam)

a jeśli ktoś chciałby posłuchać nieco więcej na temat Koszmaru z ulicy Wiązów, zapraszam do wysłuchania Mando w Kombinacie 
Mnie nie pozostaje nic innego jak zaprosić do słuchania!

http://archive.org/download/KoszmarZUlicyWizw/KoszmarZUlicyWizw-Dyskusja.mp3

wtorek, 4 czerwca 2013

Dracula 2.0

Boje się niemal wszyskich sequeli. Kiedy słyszę to słowo, od razu przypominam sobie masę niezliczonych dzieł filmowych, które zostały upokorzone przez marne kontynuacje. Z książkami jest podobnie. Pół biedy, jeśli chodzi o kontunuację po latach jakiegoś cyklu (o którym to autor zapomniał albo nie chciało mu się go pisać). Ale w jaki sposób chwycić się za bary z takim klasykiem, jak Dracula Brama Stokera? A właściwie nie tylko z Draculą, ale i całym mitem wampira. Nie patrząc na przypadkową książkę Dacre'a Stokera i Iana Holta Will Hill postanowił przenieść historię o najsłynniejszym wampirze do naszych czasów i zrobić z niej powieśc dla młodszych czytelników. Wiem... wiem... Przed oczami staje świecący Pattison, ale śpieszę donieść, że Departament 19 nie kolejną książką na modłę wampirów lalusiów, ale pełnokrwistym zaproszeniem do tańca z klasykiem.

Jamie jest najzwyklejszym brytyjskim nastolatkiem, w którego życie pewnego dnia wkrada się niezwykły świat. Okazuje się, że to, co zobaczył w horrorach jest jak najbardziej prawdziwe. Co gorsza, on sam będzie musiał stawić czoła niektórym z tych koszmarów.
Wybaczcie ten krótki i niezbyt zachęcający opis fabuły, ale nie chciałbym psuć zabawy. 
Akcja zaczyna się już od pierwszych stron, a sama książka jest nią dosłownie wypełniona po brzegi. Karabiny, oddziały specjalne, mnóstwo krwi, wampiry, wilkołaki, monstra i strzelaniny - infantylny opis książki mógłby wyglądać właśnie w ten sposób. Na szczęście Hill pokusił się również o zbudowanie dosyć ciekawej historii w pełni opartej na klasycznej powieści Brama Stokera. Z klasyki, z resztą, autor czerpie pełnymi gaściami, ponieważ nawiązania w powieści odnoszą się nie tylko do dzieła Irlandczyka. Przyznaję, że z dużym zainteresowanie śledziłem losy Jamiego i spółki. Hill wie kiedy zwolnić, wie również, w którym momencie trzepnąć mocniej czytelnikiem. 
Książka stanowi pierwszą część dłuższej serii, więc postacie są raczej nakreślone niż zbudowane ze specjalną dbałością o głębię. Mnie jednak w ogóle nie przeszkadzało to, żeby kibicować chłopakowi w jego poczynaniach.
Warto też zwrócić uwagę, iż pomimo, że książka adresowana jest do młodszego czytelnika, występują tam naprawdę niezłe momenty. Jest sporo krwi, pojawiają się też sceny przypominające gore. Cóż, signum temporis...
Całość została złożona do kupy wyjątkowo sprawnie. 
Spokojnie mogę polecić tą książkę wszystkim, i młodszym i starszym. Z pewnością każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Dla mnie Departament 19 świetnie wskazuje młodemu (i nie tylko) człowiekowi drogę do klasyki nie tylko grozy, ale również literatury. Nie mam wątpliwości, że taki sposób promocji czytania nieco leciwych dzieł, będzie o wiele bardziej skuteczny niż obowiązujący dziś.

piątek, 15 marca 2013

Kobiety na krańcu świata

Recenzja przedpremierowa

Cóż ciekawego można wymyślić w świecie ogarniętym przez wiecznie głodne ludzkie ścierwa, wałęsające się tu i ówdzie w poszukiwaniu czegoś mniej zepsutego od nich? 
Żywe trupy ostatnim czasem zawładnęły umysłami telewidzów i śmiałym - lecz powłóczącym i chwiejnym - krokiem wstąpiły na panteon najbardziej popularnych paskudztw, jakimi karmią nas twórcy literatury popularnej. Powstają kolejne części literackiej, nieznanej wersji Walking Dead. Mamy żywe trupy w świecie bloggerów, żałosne literackie mash-upy, szkalujące zarówno dobre imię twórców klasyki literatury, jak i ukochanych zmarłych. Kirkman zarabia na komiksach, Moody atakuje infekcją Wielką Brytanię, a Keene rozpisuje się w głupotach odnośnie prowadzących samochody trupów. Słowem - jest tego mnóstwo!
Ponawiam pytanie: czy można w literackim świecie żywych trupów stworzyć coś nowego i oryginalnego? Pewnie można. Rhiannon Frater jednak w pierwszej części swojej trylogii Zmierzch Świata Żywych opiera się tej pokusie i prowadzi historię po dobrze znanych torach. Nie oznacza to jednak, że to źle.

Pierwsze dni rozpoczynają się wręcz standardowo. Piękny poranek na przedmieściach pewnego miasta w Teksasie. Mężowie w szlafrokach wychodzą po gazetę z obowiązkowym kubkiem kawy w ręcę, żony odjeżdżają do pracy wystrojone w garsonki, dzieciaki radośnie biegają po podwórku. Mija chwila i mamy apokalipsę zombie. Trupy gryzą żywych, ci gryzą innych żywych, wszędzie krew, flaki i jeszcze raz flaki - istna masakra. W tych warunkach spotykają się dwie urocze niewiasty Jenni i Katie. I to im właśnie czytelnik będzie towarzyszył w podróży do urojengo bezpieczeństwa gdzieś w głębi stanu.
Przyznam, że jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia o istnieniu pani Frater. Dziwić się temu ciężko, wszak owa pisarka do tej pory umieszczała swoje utwory jedynie w Internecie lub wydawała je własnym sumptem. Podobnie historia ma się z trylogią Zmierzch Świata Żywych. Jednak ku uciesze pani Frater z rodzinką, ktoś podjął się wydania tych książek w USA i w Polsce.
Pierwsze dni to nic innego jak posklejana z różnych kawałków [sic!] żywych trupów opowieść o dwóch kobietach, które nagle muszą radzić sobie w świecie po apokalipsie zombie. Widać, że Rhiannon Frater napisała książkę, którą sama chciałaby przeczytać. Wszystkie elementy już widzieliśmy, ale doprawdy trudno winić samą autorkę. Temat żywych trupów mocno zagarnęły produkcje telewizyjne i kinowe, poszerzając temat o dramat, komedię czy obyczajówkę.
cop. Wydawnictwo In Rock - Vesper
Pierwsze dni to jednak niezła rozrywka w dobrze znanym świecie. Szybka akcja, kilka pukntów zwrotnych i odrobina dramatu psychlogicznego. Autorka (ku uciesze piszącego te słowa) skupiła się w dużym stopniu na anihilacji truposzy, więc ilość gore w powieści jest zadowalająca. Kilka momentów jest nawet nieco obrzydliwych, a słowa miażdżyć, mózg i jelita występują tu wielokrotnie. Z drugiej strony Frater starała się nakreślić zmiany w psychice i zachowaniu poszczególnych bohaterów. Wyszło średnio i nieco naiwnie (w szczególności w dialogach), ale całościowo wychodzi na plus.
W mojej opinii Pierwsze dni to całkiem niezła rozrywka w świecie żywych trupów. Domyślam się, że malkontenci i domorośli specjaliści tematyki ludzkiego chodzącego ścierwa mogą kręcić nosem i wyliczać porównania, ale chyba nie o to chodzi.
Ja czekam na kolejne części ze stajni Vesper i cieszę się, że ktoś bez konieczności silenia się na oryginalność sięgną po dobrze znane elementy i ułożył z nich całkiem zgrabną historię.

wtorek, 19 lutego 2013

Bóg nie ma tu nic do rzeczy

Najważniejsza jest rozrywka - tak powiedział mi kiedyś jeden z profesorów, opisując starcie wojsk niemieckich i polsko-litewskich na polach małej wsi Grunwald. Słowa ów profesora przekładam sobie często na grunt mojego czytactwa. Książka ponad wszystko ma stanowić dla mnie rozrywkę. Jeśli niesie przy tym ze soba treści ważne i porusza nurtujące problemy - tym lepiej. Jeśli natomiast powieść uwypukla te problemy, a treść jest tak nudna, że mam ochotę dźgać ludzi szpikulcem po oczach, wtedy jest kiepsko. Naprawdę nie znoszę, kiedy wydawca i recenzenci obiecują mi rozrywkę na wysokim poziomie, a w efekcie okazuje się, że lepiej bawiłem się wiążąc sznurowadła poprzedniego dnia. Na szczęście Bóg nie weźmie w tym udziału jest powieścią, która łączy w sobie zarówno rozrywkę jak i spory ładunek pytań nurtujących współczesnych.
Wiesław Fidler zostaje zdekonspirowany i niemal ginie w zamachu zorganizowanycm przez mafię. Ledwie dochodzi do siebie, a już przełożeni proponują mu udział w kolejnej akcji. Tym razem Fidler musiałby trafić do więzienia i znaleźć tych, którzy zabili mu żonę...

Opis brzmi jak streszczenie fabuły sobotniego filmu na TV4. Uwierzcie mi - wynika to jedynie z troski, żeby nie zdradzić istotnych szczegółów fabuły.
Od razu przyznam, że książka Bóg nie weźmie w tym udziału podobała mi się bardzo. Niech świadczy o tym fakt, że powieść, która liczy 466 stron, pochłonąłem w dwa dni. Po jej odłożeniu, stwierdziłem, że Krzysztof Koziołek zafundował mi świetną zabawę i rewelacyjną sensację w polskich warunkach. Autor śmiało i garściami czerpie z dobroci świata popkultury i sensacji. Wrzuca do powieści policjantów, dziennikarzy, więźniów, polityków i Bóg wie kogo jeszcze. Cała powieść ma naprawdę imponujące tempo i nie sposób się przy niej nudzić. Nie oznacza to bynajmniej, że Koziołek wali tępo przed siebie. Co to, to nie! Tam gdzie powieść powinna zwolnić, to zwalnia. Tam gdzie tempem ma chwycić za gardziel, chwyta.
Na uznanie zasługuje również fakt, że sam autor przemyca w książce dosyć istotne tematy, które co jakiś czas rozpalają opinie publiczną. Nieźle też motywuje kontrowersyjne treści. 
Na uwagę zasługuje też rozmach książki: Koziołek śmiało pogrywa sobie z osobistościami polityki, biznesu i tzw. wielkiego świata. Podczas gdy duża część autorów kryminałów skupia się na polu lokalnym, tutaj mamy raczej skalę ogólnokrajową. Dla mnie świadczy to o odwadze, więc plus.
Książka oczywiście nie jest wolna od mankamentów (nieco nachalne podobieństwo do dzisiejszego świata poprzez nazwiska i nazwy - to zgrzytało mi mocno w tej powieści. Rozumiem jednak motywacje), ale frajda z czytania śmiało przysłania większość z nich.
Bóg nie weźmie w tym udziału to cudownie bezpretensjonalna powieść. Książka, która czyta się z dużą przyjemnością. Podejrzewam, że większą frajdę sprawi mężczyznom, chociaż mogę się mylić. Dla mnie jeden z jaśniejszych punktów czytelniczych w tym roku, a Krzysztof Koziołek wędruje na listę must read.
Polecam!

P.S. Autor sam wydaje swoje powieści, więc jeśli ktoś ma ochotę, można je nabyć pod TYM adresem.



czwartek, 17 stycznia 2013

Szczęśliwi ci, którzy odchodzą z hukiem

Przeżyliśmy koniec świata. To dobra wiadomość. Pomijając całą komiczną, hucpę dotyczącą 21 grudnia, przeleciała mi przez głowę nie raz, nie dwa pewna myśl. Gdzie można byłoby przetrwać coś takiego jak apokalipsa? Czy jest to w ogóle możliwe? 
Po obejrzeniu filmu The Divide, doszedłem do wniosku, że chyba jednak zamiast ukrywać się, żeby przetrwać jakąś kosmiczną katastrofę, wolę zasiąść w przednim rzędzie i do końca podziwiać efekty.
The Divide opowiada prostą historię kilkorga ludzi, którzy aby uchronić się przed katastrofą, kryją się w piwnicy apartamentowca.
I to jest chyba najkrótszy opis filmu na tym blogu, ale z pewnością wystarczy. 
Przyznaję, że początek przypominał mi telewizyjne produkcje klasy niższej niż B, gdzie początkujący aktorzy zbyt mocno się wysilają, a przebrzmiałe gwiazdeczki, odkładają w czasie aktorską emeryturę. Taki był początek. To co działo się w filmie wraz z rozwojem akcji aż do ostatniej sceny, pozostawiło mnie niemego przez dłuższą chwilę z pustką w głowie. Otóż takiego filmu się nie spodziewałem.

Ciężko opowiadać o The Divide, nie zdradzając szczegółów fabuły. Jakkolwiek z opisu można domyślić się o co chodzi. Widziałem sporo tego rodzaju filmów, ale ta opowieść zadziałała na mnie chyba najmocniej.
Ogromnym atutem filmu jest ciężka, duszna atmosfera zamknięcia i wynikające z niej uczucie zaszczucia, zagrożenia. Najkrótsza droga do obłędu. Nad filmem od samego początku unosi się pewnego rodzaju opar czegoś dziwnego. Początkowe kwestie dialogowe są dziwne, a niektóre postacie irytują do granic. Z czasem widz zaczyna rozumieć ruchy scenarzystów i wszystko pięknie układa się w całość.
Mówiąc o tym filmie nie można nie wspomnieć o kreacjach aktorów. Rosanna Arquette, Milo Ventimiglia, Lauren German - dla mnie zestaw był średni. Oczywiście bardziej pomylić się nie mogłem. Rola Arquette bardzo mi się podobała, Laura German zagrała co najmniej poprawnie, ale to co zrobili Milo Ventimiglia (gość znany z serialu Heroes, jeśli jeszcze go nie wyguglowaliście) i Michael Eklund było jednym z najlepszych i najbardziej popierdolonych duetów w filmie. Gratulacje dla obu panów, bo wywołali u mnie ciary w wielu momentach.
Warto również zwrocić uwagę na dołującą i przejmująca muzykę Jeana Pierre'a Taieba. Rewelacyjnie dopełnia koncepcji całości.
Scenariusz pomimo tego, że nie był wolny od logicznych wpadek i małych niedorzeczności, spokojnie się broni. Jeśli przymkniemy oko, na niektóre rzeczy i skupimy się na tym, co twórca Frontieres Xavier Gens chciał przekazać, to myślę, że będziemy zadowoleni.
W tym wpisie celowo użyłem tylu nazwisk. Moim zdaniem, jeśli ktoś nie miał okazji oglądać tych osób wcześniej (jak ja pana Eklunda), to powinien zwrócić na nich uwagę.
Tak czy inaczej film oczywiście gorąco polecam. Przyznaję, że zostałem przez The Divide kopnięty w mordę. Oglądać, bo warto!

czwartek, 10 stycznia 2013

Dookoła świata z Mastertonem

Nowy rok rozpocznę od starocia.
Czytanie książek Grahama Matertona zarzuciłem bodajże w liceum i bynajmniej nie z powodu jakości jego powieści. Pamiętam, że gdy przeczytałem pierwsze pięćdziesiąt stron Czarnego Anioła najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze. Podjąłem wtedy decyzję, że kończę z horrorem (ech, młody, głupi...). Dziś takie reakcję poczytałbym na plus dla autora.
Dlatego w tym roku postanowiłem powrócić do sympatycznego Anglika i przynajmniej spróbować poznać bliżej jego bibliografię. A że panuje przekonanie, że sprawdza się on bardzo dobrze (może nawet lepiej) w krótkiej formie, więc na pierwszy ogień poszedł zbiór opowiadań Czternaście obliczy strachu.
Wydane w 1995 roku Flights of Fear to swoista podróż dookoła świata. Masterton zabiera czytelnika w podróż od Belgii, przez Stany Zjednoczone po Maroko. W każdym zakątku szykując dla nas koszmar. Wychodzi to z większym lub mniejszym powodzeniem. W dużej części jest jednak całkiem dobrze.

Zacznijmy od słabszych punktów. Dziecko woodoo, Dywan, Korzeń wszelkiego zła to teksty, które w ogóle do mnie nie przemówiły. Średnie pomysły jeszcze bardziej średnio wykorzystane. Masterton w niektórych momentach dobrze prowadził swoją historię, aby w końcówce wypisywać jakieś bzdury. Do najjaśniejszych punktów tego zbiorku należą: Szara madonna, J.R.E. Ponsford, Serce Helen Day. Rewelacyjny jest przede wszystkim klimat tych opowiadań. Deszczowa Brugia z Szarej Madonny, atmosfera renomowanej angielskiej uczelni z J.R.E. Ponsford czy duszna aura Alabamy i przydrożnego moteliku, w którym zatrzymuje się główny bohater. Reszta opowiadań to zwyczajne średniaki. Są jeszcze dwa opowiadania, które niejako charakteryzują twórczość tego pisarza. Mowa oczywiście o tekstach Obiekt seksualny i Skarabeusz z Jajouki. Nie ma co ukrywać, to nic innego jak pewna chora forma pornografii, która nie tylko nie odrzuca, ale pozostaje w pamięci na dłużej. Masterton bardzo często wykorzystuje erotyzm jako czynnik wspomagający horror. Dyskusyjny jest poziom, ale trzeba przyznać, że w Skarabeuszu z Jajouki wyszedł nad wyraz dobrze. Facetom gwarantuję ciarki...
W ogólnym rozrachunku zbiór Czternaście obliczy strachu uważam za udany. Nie może być tutaj mowy o peanach pochwalnych, ale śmiało można rzec, że to kawał niezłego horroru okraszonego sporą dozą erotyzmu.
Fanom Grahama polecać nie muszę, bo zbiorek na pewno dawno mają już kilkukrotnie przeczytany, ale tym, którzy kiedyś się na pisarzu sparzyli lub nie mieli okazji poznać jego twórczości, polecam. Jest to niezły (ale na pewno nie najlepszy) wycinek twórczości Brytyjczyka.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Powrót na nocny dyżur

Czy wszystkie sequele są złe? Czy wszystkie muszą być złe? Czy w tym pieprzonym Hollywood nie może powstać choć jedna dobra kontynuacja horroru, która nie tylko trzyma poziom oryginału, ale również nie masakruje klimatu poprzedniej produkcji? Pewnie może. Ale Grave Encounters 2, na pewno do takich nie należy.
Całkiem przypadkiem trafiłem na tą produkcję. Mając w pamięci niczego sobie pierwszą część, z uśmiechem siadłem do filmu. Z uśmiechem go również skończyłem. Jak łatwo można się domyślić, nie był on rezultatem satysfakcji
z filmu.
Otóż "gotycki" chłoptaś Alex Wright, to zafascynowany horrorami młody człowiek. Ponieważ sam próbuje sił w tym jakże trudnym i wyczerpującym biznesie, więc stale szuka tematów na kolejne krawe produkcje. Tak trafia na ślad filmu Grave Encounters. Otóż, okazuje się, że film to żaden tam found footage, ale rzeczywisty zapis tego, co zdarzyło się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Od tego momentu film Grave Encounters i wyjaśnienie całej historii staje się dla Aleksa życiowym celem i obsesją.
Tyle. Druga część Grave Encounters to film w zamierzeniu właśnie found footage i choć ja nie jestem ortodoksyjnym fanem tego typu obrazów, zawsze z przyjemnością patrzę na takie produkcje. Tutaj z subtelną naroślą przyjemności, patrzyło mi się do połowy. Z czasem owa narośl zaczęła gnić, twardnieć i nadawała się jedynie do odcięcia.
O ile pierwsza część jest filmem z potencjałem, o tyle druga niestety go niszczy. Jak wspomniałem, do połowy film jest całkiem znośny. Dałem się ponieść konwencji, że Grave Encounters to schiza jak Blair Witch Project i przyznam, że film fabularnie w tym pomaga. Z czasem jednak zamiast subtelnego strachu i poczucia niepewności, które towarzyszy niektórym momentom pierwszej części filmu, dostajemy efekt burzy mózgów scenarzystów, którzy chcieli, żeby było strasznie, przerażające i obłąkańczo. Wyszło oczywście groteskowo i śmiesznie.
Nie ma się tutaj co uzewnętrzniać. Gra aktorska raczej marna, pomysł na fabułę niezły, choć wtórny, a wykończenie wyszło koszmarnie. 
Można powiedzieć: "miało być dobrze, wyszło jak zwykle", ale po co. Utyskiwania fanów gatunku i nie tylko ciągle odbijają się od elastycznych bram studiów filmowych, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję do zarobienia na czymś, z pewnością ją wykorzystają. Czyli, wilk syty, a owce znów ma się w dupie...

środa, 10 października 2012

Angielskie mokradła kryminalne

Czasem dzieje się tak, że sentyment, czy to literacki czy jakikolwiek inny, nie pozwala oderwać się od miejsc znajomych z przeszłości. Kiedy karierę zakończyli Arthur Conan Doyle i Agatha Christie (choć nie tylko oni pisali w określonej konwencji) za angielską prowincję wzięli się inni. Obecnie świetnie wychodzi to pani Grimes, której stylowe kryminały aż kipią od nadmiaru angielskości. Ale że Polacy nie gęsi i tak dalej, tematyką morderstwa na osobliwych brytyjskich wsiach zajęła się młoda początkująca autorka. Temat śliski jak na debiut, bo można ugrzęznąć w błocku nudy, sztampy i braku znajomości tej tematyki. Ale spokojna głowa, Sasza Hady udowadnia, że nie tylko świetnie orientuje się w wymyślnym angielskim klimacie, ale i kryminalna intryga jej nieobca.
W malutkiej otoczonej mokradłami angielskiej miejscowości Little Fenn źle się dzieje. A to za sprawą odciętej głowy, która zostaje znaleziona w jednej z posiadłości. Na pomoc zostaje wezwany detektyw Alfred Bendelin, sprawny, enigmatyczny, szarmancki i piekielnie skuteczny łowca zbrodniarzy z Londynu. Problem w tym, że ów bohater w rzeczywistości nie istnieje, a stanowi jedynie pewnego rodzaju alter ego podrzędnego policjanta Nicka Jonesa. Wraz ze swoim przyjacielem ruszają do Little Fenn, aby pośród wiecznych mgieł, ciemnych chmur i angielskich torfowisk odnaleźć zabójcę.

Przyznaję, że zżera mnie pewna forma zazdrości, nie dlatego, że pani Saszy Hady udało się na trudnym dla debiutantów rynku wydać książkę. Odczuwam lekkie ukłucia z powodu, że napisała taką książkę jako debiutantka. Bez owijania od razu powiem, że książka Morderstwo na mokradłach to świetny stylowy angielski kryminał, który iskrzy humorem.
Przede wszystkim książka jest taka jaka jest dzięki postaciom. Alfred Bendelin aka Nicholas Jones jest nieco nieporadny, uroczy i strasznie kochliwy. Jednocześnie nie można mu odmówić zaangażowania i rzetelności w prowadzonym śledztwie. Rupert Marley jako ekscentryczny pisarz, który nie tylko stara się wiecznie kierować nieporadnym kolegą, ale bezczelnie uprzedza go w kontaktach z kobietami. Mieszkańcy Little Fenn to galeria barwnych i mniej barwnych postaci, z których każda jest absolutnie potrzebna. Różne charaktery, wady stanowią, że powieść wypełnioną tyloma postaciami czyta się naprawdę dobrze.
Na książkę o morderstwie na angielskiej prowincji nie da się spojrzeć, nie patrząc na klimat. Przyznać trzeba, że i w tym, jakże ważnym aspekcie Sasza Hady poradzioła sobie znakomicie. Wszystko to za co ludzie kochają Agathę Christie, Marthę Grimes oraz Morderstwa w Midsomer kondensuje się w Morderstwie na mokradłach. Mżawka, mgła, mokradła, tajemnicza i dziwna atmosfera. Wszystko to można znaleźć w tej pozycji.
Wspomnieć jednak należy, że debiut Saszy Hady należy raczej do nurtu kryminału humorystycznego. Przestrzegam więc osoby, szukające mocnych mrocznych wrażeń. Znajdziecie je w innych książkach. Wszystkim innym, lubiącym, nielubiącym kryminały polecam serdecznie. Niezwykle rzadko debiutuje się w ten sposób.

czwartek, 27 września 2012

W zdrowym ciele zdrowy duch

W specjalny sposób traktuję horrory z Amber czy Phantom Press. Za każdym razem, kiedy widzę kiczowatą (piękną) okładkę uśmiech pojawia mi się na twarzy. Bo z jednej strony doskonale wiem, że dziewięćdziesiąt procent książek wydanych przez wspomniane stajnie, powinno być wykorzystane przy produkcji miazgi celulozowej, to i tak sięgam po to i czytam. Johna Saula czytałem milion lat temu i były to Kroniki Blackstone. Absolutnie nie pamiętam już tej lektury, a niedawno, na jedenej z wyprzedaży żona wypatrzyła mi Stwora tegoż autora. Przedwczoraj przeglądając książki na półkach, wypatrzyłem ten tytuł. Okładka mówi sama za siebie, a ja poczułem nieodpartą chęć, żeby zapoznać się z tym dziełem. No i ponownie, ku mojemu zdziwieniu, bawiłem się znakomicie.
Rodzina Tannerów przybywa do małego miasteczka Silverdale. Miejscowość wydaje sie idealna: mała mieścinka pośród gór, z czystym powietrzem i lasami, świetnie wyposażone szkoły i szpital oraz dobrze naoliwiona maszyna samego miasta. Mark Tanner, próbujący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, szuka akceptacji wśród rówieśników. Szybko okazuje się, że jedynym sposobem jest sport. Mark wie jednak, że nie ma szans ze swoimi wyrośniętymi kolegami. Właściwie bardzo nienaturalnie wyrośniętymi kolegami...

Opis trochę kulawy, ale chodziło mi o to, żeby nie walić spojlerami (nie czytajcie opisu z 4 strony okładki). Zdziwiony odłożyłem tę ksiązkę na półkę. Zdziwiony dlatego, że nie spodziewałem się, że historia młodego Marka Tannera oraz dziwnego miasteczka tak mnie wciągnie. Książkę czyta się absolutnie błyskawicznie. Styl Saula jest bardzo prosty, ale przy tym nie prostacki. Tutaj chodzi o historię, więc próżno doszukiwać się wymyślnych metafor czy rozbudowanych opisów. To po porstu porządnie położony asfalt na drodze fabuły. Nie mogę się też doczepić do postaci, bo ogólna charakterystyka była świetnie zarysowana. Bardzo podobały mi się przemiany, jakie zachodziły w chłopacach z drużyny, relacje między poszczególnymi bohatermi.
Saul potrafi stworzyć niezły klimat. Może nie przytłaczający, ale gęsty i tajemniczy. I chociaż Stwór należy do książek, które niestety są bardzo, ale to bardzo przewidywalne, to mnie absolutnie to nie przeszkadzało w odbiorze. Naprawdę z uwagą śledziłem losy mieszkańców małego miasteczka Silverdale.
Oczywiście książka ma mnóstwo mankamentów, ale tak to już chyba klątwa nad Amber i Phantom Press. Jak wspomniałem jest szalenie przewidywalna. Nieco przeidealizowana, oraz nie spodobała mi się banalna końcówka. Cała historia, choć bardzo ciekawa, nosi znaki pewnej naiwności.
W normalnych warunkach takie rzeczy odstraszyłyby mnie od książki na dobre. W tym przypadku chciałbym, żeby było odwrotnie. John Saul to niezły rzemielnik, który sprawnie prowadzi swoją historię. Jeśli damy mu kredyt zaufania i nie będziemy szukać błędów na każdym kroku, to powinno być dobrze. Ja dałem się ponieść tej historii, jak dziecko i absolutnie nie żałuję.

środa, 26 września 2012

Obozowicze z Arawak

Tegoroczny Polcon (właściwie konkurs na Polconie) uświadomił mi jak mało wiem na temat filmowych slasherów. Niby dużo widziałem, a  tak naprawdę guzik widziałem. Obiecałem sobie z czasem nadrabiać braki i wczoraj zacząłem od filmu, który myślałem, że mam już za sobą. Sleepaway Camp lub też polski tragiczny tytuł Uśpiony obóz potraktowałem z dużą dozą dystansu. Nie zaprzeczam - przydała się. Co bynajmniej nie świadczy o tym, że film jest słaby. Ja bawiłem się świetnie.
Na obóz w Arawak przybywa Ricky i jego kuzynka Angela. Letni wypoczynek przerywa jednak seria niewyjaśnionych zgonów obozowiczów. Osiem lat wcześniej, w tym miejscu miała miejsce tragedia. Czyżby duchy przeszłości powróciły?

Ha! Kto nie kocha takiej fabuły? Jeśli ktoś będzie mi w stanie wytłumaczyć w jaki sposób można nie kochać slasherów, których tłem jest letni obóz, a ofiarami nieświadomi obozowicze, stawiam browara. Szczerze uwielbiam takie klimaty, w szczególności bezpretensjonalne obrazy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Sleepaway Camp świetnie wpisuje się w konwencję. Przyznaję, że spodziewałem się slashera w wersji light, a dostałem film, który trzepnął mnie po gębie. W 1983 roku musiał łamał kilka tematów tabu naraz. Dzieciaki na obozie, to nie urocze istoty, zdobywające coraz to nowe zdolności skautów, których tatusiowie pękają z dumy. O nie. Wersja ze Sleepaway Camp jest o wiele bardziej realistyczna. Małe potwory są złośliwe, klną na potęgę i marzą jedynie o dorwaniu się do majtek koleżanek z innych domków (przynajmniej chłopcy). Cały film natomiast przesiąknięty jest pewną dozą chorej erotyki.
Dużym plusem w tym filmie są postacie. Ricky, Angela, ekipa wychowawców w tragicznie krótkich spodenkach. Przerysowana Judy, która - jestem pewien - przyśniła się nie jednemu chłopcu, oglądającemu film w wieku dwunastu lat oraz cała masa innych.
Film ma również kapitalny klimat oraz brak wyraźnie zarysowanej części fabuły. Nie zauważyłem twardego początku, rozwinięcia i końca. Wszystko się nieco rozmywa, co w moim przekonaniu wyszło filmowi na plus. O zakończeniu nie będę pisał, powiem tylko, że bardzo wielu ludzi obejrzało ten film właśnie dla niego. Świetne.
A teraz zdejmijmy okulary subiektywizmu i spójrzmy jeszcze raz na ten obraz. Trzeba mieć sporą dozę dystansu, żeby Sleepaway Camp stanowił frajdę. Przede wszystkim makabrycznie kuleje "gra" aktorska i dialogi. Postacie zachowują się tak, jakby miały przed sobą kartki ze scenariuszem. Jednak i to może mieć swój urok. Niezbyt wyrafinowane są też zbrodnie, a całość nieco powoli się rozkręca.
Ale jakie to wszystko ma znaczenie, kiedy słońce przygrzewa, woda się iskrzy, a morderca pozbawia życia biednych obozowiczów?
Dla mnie ewidentnie jest to jeden z lepszych filmów typu slasher. Na bank będę rozglądał się za kolejnymi częściami, bo choć podejrzewam, że będą kiepskie, to warto tę serię znać. Polecam!

wtorek, 11 września 2012

Spory potencjał A.D. 2012

Antologie to dziwne twory wydawnicze, które wydawcy starają się reklamować przedziwnymi chwytliwymi tytułami. Kiedy zobaczyłem nową antologię opowiadań grozy wydawnictwa Polonsky, zatytułowaną Najlepsze horrory A.D. 2012, nieco kpiący uśmieszek wykwitł mi na twarzy. Kontrowersyjny tytuł przykuwa uwagę potencjalnego czytelnika, ale niesie ze sobą pewną odpowiedzialność. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem zasiadłem do czytania. Na chwilę obecną jestem już po lekturze i muszę przyznać, że o ile zabieg marketingowy jest w miarę udany, tak zawartość w większości broni śmiało tego tytułu. Ale od początku.


Zbiór otwiera mocny i zaostarzający apetyt wstęp Bartłomieja Paszylka, który zebrał te teksty w całość. Pierwszym tekstem jest Konkurs obrzydliwości Michaela Slade'a, który w zamierzeniu (jak sugeruje tytuł opowiadania) miał być chyba najbardziej obrzydliwym tekstem zbioru. Dla mnie efekt średnio udany. Owszem, nie polecam czytania tekstu przy posiłku, jednak dla mnie wydał się po prostu komiczny. Na plusik otwarta końcówka.

Kolejnym opowiadaniem jest Kolekcjoner zelówek Jarosława Moździocha. Bardzo byłem ciekaw tego tekstu, ponieważ o autorze naczytałem się mnóstwa przeróżnych opinii, a sam jeszcze nie zapoznałem się z żadnym jego opowiadaniem. Przyznaję, że tekst jest średni, nawet bardzo średni. Niezły pomysł i nieco gorsze wykonanie. Trochę zbyt przewidywalny i toporny. Nie można natomiast odmówić autorowi pomysłu. Jestem przekonany, że komuś ten tekst na pewno się spodoba. Mnie jakoś nie przekonał.
Rzecz o niewidzialnej skrzyni Briana Evensona to dziwna i okraszona czarnym humorem historyjka, która znów nie znalazła u mnie wielkiej akceptacji. Tekst jest niezły stylistycznie i ma pewien abstrakcyjny klimat, ale znów jakoś mnie nie ujął. W tym momencie pomyślałem, że będzie niedobrze. Że oto ponownie dostałem ładnie opakowany zbiór średnich tekstów, który wyparowują z głowy, kiedy człowiek odłoży książkę na półkę. Na szczęście obawy okazały się płonne.
Dawid Kain swoją Ektrakcją udowadnia, że na chwilę obecną jest jednym z najciekawszych autorów polskiej grozy. Tekst jest co najmniej dobry. Świetny pomysł, niezły styl, a sama historia wsysa, że aż miło.
Kolejnym tekstem jest zakręcony, długi i przyjemnie niepokojący tekst Petera Strauba Kicuś to smaczny chleb. Dołujący, ponury i nieco abstrakcyjny tekst o tym, czym jest zło i jakie mogą być jego korzenie. Dodam tylko, że tekst jest dedykowany przyjacielowi pisarza Stephenowi Kingowi, którego raczej przedstawiać nie trzeba. Jeden z lepszych tekstów w antologii. Bardzo podobał mi się oszczędny, wręcz momentami chłodny styl Strauba. Duży plus.
Potem pałeczkę przejmuje znów Polak, czyli Kazimierz Kyrcz Jr. Jego Randka w ciemni to dla mnie jeden z najlepszych tekstów tego zbiorku. Prosty, łatwy i zabawny tekst o rzeczach mało zabawnych. Zdarzyło mi się kilkakrotnie parsknąć śmiechem i poczułem autentyczną sympatię do głównej, nieco zagubionej w chorym świecie bohaterki...
Po opowiadaniu Kyrcza przyszedł czas na nieznaną mi personę, czyli Kaaren Warren. I możesz już tylko oddychać to horror pełną gębą. Tekst o tyle niepokojący, że groza niby widoczna i jasna, a podświadomie wgryza się w umysł i myślę, że (przynajmniej w moim) zostaje na dłużej.
W Najlepszych horrorach A.D. 2012 znalazło się również miejsce dla Aleksandry Zielińskiej. Przyznaję uczciwie, że tekst tej autorki z antologii Pokój do wynajęcia był chyba jedynym, który niezbyt przypadł mi do gustu. Na szczęście tutaj jest zupełnie inaczej. Nocny gość to miejskie ghost story w klimatach a'la Łukasz Orbitowski (jak ujął to Barłomiej Paszylk) w posłowiu. Śmiało się pod tym podpisuję. Do tego opowiadanie z pewnym morałem dla panów, którzy zmieniają partnerki jak rękawiczki.
Czas Gedeona Morta Castle'a to perełka tego zbioru. Bardzo dobre, mocno sugestywne opowiadanie. Castle ma kapitalny styl, dzięki któremu śmiało trzyma czytelnika przyszpilonego to książki. Duża doza makabry, nieco obłędu wymieszane z klimatami postapokaliptystycznymi. Dla mnie rewelacja!
Na koniec zaskoczenie. Tekst Dariusza Zientalaka Robaki zębowe. Kapitalny horror, z niezły twistem. Szczególnie polecam tym, którzy boją się dentysty. Druga perełka książki. Mocny i bardzo dobry tekst.
I tyle. I aż chciałoby się zakrzyknąć: "Co? Już?". Niestety już. Zbiorek liczy sobie dziesięć niezbyt obszernych opowiadań. A chciałoby się więcej...
Słowem podsumowania. Najlepsze horrory A.D. 2012 to naprawdę kawał świetnej roboty. Pozostaje pogratulować wydawnictwu Polonsky i Bartłomiejowi Paszylkowi, bo wypuszczają na świat naprawdę ciekawą pozycję. Oprócz początkowego zgrzytu, ja jestem bardzo zadowolony z lektury. Mnie pozostaje jedynie bardzo polecić tą antologię. Nie dość, że ktoś ponownie stawia na literacką grozę w naszym kraju, to jest to groza na wysokim poziomie. Słowem: must read, must have!

Książkę można nabyć na razie bezpośrednio na stronie wydawcy:
http://www.polonsky.pl/pelna-oferta/najlepsze-horrory-a-d-2012/

czwartek, 6 września 2012

Stay weird!

Doprawdy dziwnym jesteśmy społeczeństwem. W kraju, w którym z pisania mogą utrzymać się jedynie nieliczni, rośnie liczba piszących. Podczas gdy kultura literacka jest skutecznie niszczona przez debilną telewizję oraz jej znaczenie jest bagatelizowane, powstają coraz to nowe czasopisma, które z lepszym lub gorszym skutkiem (vide nieodżałowany Bluszcz) próbują ją ludziom przybliżyć. Żyjemy wreszcie w kraju, gdzie groza traktowana jest jak dziwny rodzaj trądu. Próżno szukać jej w main streamie, nie bywa też szeroko promowana. Ten właśnie rodzaj literackiej papki (jak często określają literacką grozę krytycy) postanowiło usilnie promować kilku młodych ludzi z Wrocławia. Założyli wydawnictwo, wypuścili na rynek pierwszą antologię, a niedawno ukazał trzeci numer ich czasopisma Coś na progu.

Jakoś tak dziwnie się złożyło, że romans z mackowatym Coś na progu rozpoczynam od numeru trzeciego. Jest to numer specjalny, jak piszą twórcy, poświęcony tzw. weird fiction. Ów przedziwny twór przybliża nam esej Ann i Jeffa VenderMeerów. Solidny, konkretny i rzeczowy wstęp naświetlający ten gatunek. Przychodzi czas na danie główne tego specjalnego numeru, czyli opowiadania. 
Na pierwszy ogień idzie horror i trzy opowiadania klasyków: Czaszki wśród gwiazd Roberta E. Howarda, Gość Draculi Brama Stokera oraz Gwiazda McIilvane'a Augusta Derletha. Przyznaję, że wszystkie są na niezłym poziomie. Nie żebym piał z zachwytu i nerwowo ogryzał paznokcie przy czytaniu, ale to bardzo przyjemne i klimatyczne opowiastki. Szczególnie do gustu przypadło mi opowiadanie Stokera i Howarda. 
Kolejnym daniem jest coś, czego nigdy nie potrafię nazwać i zawsze nieco się obawiam jakiejkolwiek klasyfikacji. Wydawnictwo Dobre Historie wyszło z tego obronną rękę nazywając dział Opowieści niesamowite. Przyznaję, że nie wiem czego się spodziewać. Opowiadania Artura Conan Doyla i Fritza Leibera do tej pory były mi obce (tak, nawet te o Sherlocku Holmesie). Bez wątpienia Opowieści niesamowite to delicje w tym daniu. Kapitalny, przewrotny i komiczny tekst Doyla bardzo mnie rozbawił, a Zielony księżyc Leibera wprowadził w niezwykle hipnotyczny stan. Już dawno żadne opowiadanie nie podziałało tak na mnie. Jestem naprawdę szczerze zachwycony wyborem opowiadań i gratuluję reakcji.
Kolejnym działem jest science fiction, za którym nie przepadam, ale opowiadania czytało mi się nadzwyczaj dobrze. Szczególnie tekst Franka Herberta.
Dział kryminału, to znów dominacja Doyla, bo opowiadanie Pawła Orłowca to całkiem sprawna wariacja na temat spotkania Sherlocka Holmesa z Natem Pinkertonem. Świetny jest również wywiad z samym twórcą postaci legendarnego detektywa. Za uwagę zasługuje też tekst Pawła Pollaka, pomimo że przewidywalny, to całkiem wciągający.
Tyle (bardzo wyczerpująco jak na mnie) o treści Coś na progu #3. Moje odczucie po odłożeniu numeru? Naprawdę solidna robota. Niemal wszystkie opowiadania trzymają naprawdę wysoki poziom. Gdzieś mi w pewnym momencie zbladło weird fiction, ale to drobiazg, który moim zdaniem, wyszedł Cosiowi na plus. Opowiadania zostały świetnie dobrane. Co prawda przydałaby się bardziej solidna redakcja tych tekstów, ale to również jestem w stanie wybaczyć.
Czas na łapka w górę, łapka w dół. W przypadku trzeciego numeru zdecydowanie łapka w górę. Nawet nie spodziewałem się, że ten numer tak mi zasmakuje. Do tekstu Doyla wrócę na pewno wielokrotnie, podobnie jak do Leibera. Cieszę się też, że miałem okazję w końcu poznać słynne opowiadanie Brama Stokera. Minusów jako takich nie dostrzegam. Może znajdzie je kto inny. Mnie się ten pulp bardzo podobał, a kto jeszcze nie kupił, niech nadrabia, bo warto jak cholera.

środa, 8 sierpnia 2012

Żarty w Edbrook

Ach powroty, powroty. Kiedy pierwszy raz czytałem Nawiedzonego Jamesa Herberta byłem chyba na początku liceum. Do teraz pamiętam, że ekscytowałem się absolutnie każdą stroną. Kilka lat temu przyszła mi znów ochota na tą pozycję angielskiego straszaka i tym razem wynudziłem się okropnie. W te upalne dni po raz trzeci postanowiłem zaglądnąć do mglistej i chłodnej Anglii, gdzie w domostwie Edbrook dzieje się coś dziwnego. 
David Ash, jeden z najlepszych specjalistów od duchów w Wielkiej Brytanii, zostaje zaproszony do Edbrook. Ma wyjaśnić zagadkę (właściwie znaleźć racjonalne wyjaśnienie) pojawiającej się tam postaci. Kiedy Ash przybywa do starej posiadłości, okazuje się, że nie wszytko jest tak, jak sobie zaplanował, a widywana przez mieszkańców zjawa, to dopiero początek koszmaru.

Nawiedzony jest horrorem pełną gębą. Wydany w roku 1990 mógł stanowić naprawdę nie lada rozrywkę w zalewie amberowskiej miernoty. Czy dziś spełnia swoje zadanie i straszy? Mnie nie, ale kogoś wystraszyć jak najbardziej może. Posiada bowiem ku temu mnóstwo środków.
Zadziwia mnie to, że w tak małym dziele Herbert był w stanie wepchnąć tyle elementów dobrego horroru. Mamy tutaj starą angielską posiadłość na uboczu małego miasteczka, jesień, która nieodmiennie towarzyszy zjawiskom nadprzyrodzonym, mamy koszmarne wspomnienia głównego bohatera, duchy, upiory i klimat powieści gotyckiej. Dla fanów mocniejszych wrażeń jest też cnieco makabry. 
Więc co jest nie tak? Mnie nie do końca przekonuje styl Herberta. Niewątpliwie jest on bardzo dobry i żwawy, ale - dla mnie - jest on niestety nieco nużący. Nawiedzonego połknąłem dlatego, że posiada mnóstwo akcji i praktycznie cały czas czytelnik jest przykuty do książki. Gdyby tej akcji było mniej, myślę, że Herbert nie przyciągnąłby mnie tak sktuecznie do siebie. Niemniej jednak książka wręcz sama się czyta, a to, że jest tak krótka można uznać za jej jedyny poważny mankament.
Gdyby pokusić się o jednoznaczną ocenę tego dzieła, to śmiało można stwierdzić, że Nawiedzony jest powieścią bardzo dobrą. Na jednych działa bardziej, na innych mniej. Mnie przyszło go czytać późnym wieczorem i w nocy, i pomimo tego, nie wywarł na mnie jakiś specjalnych emocji. Oczywiście ma na to wpływ jeszcze jeden czynnik. Czytałem tą ksiązkę trzeci raz! Znam fabułę, bohaterów, więc nie wiem, czego więcej mógłbym od Herberta wymagać (chyba staram się wrócić do klimatu, który towarzyszył mi przy pierwszej lekturze). Ale samo to, że trzeci raz sięgnąłem po tą powieść niech będzie moją dla niej rekomendacją.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Słodkie Szmaty i Podróżnicy

Odkąd gatunek thrillera literackiego stał się rzeczą tak powszechną i przyziemną jak choćby masło w sklepie czy kanar w tramwaju, twórcy dwoją się i troją w poszukiwaniu oryginalnego pomysłu, który pozwoli im wzbić się ponad masę przeciętności, która obecnie śmiało rozpływa się na księgarnie. Nowy rodzaj psychopaty, tło akcji w wersji retro, wymieszanie religii z thrillerem - jednym słowem cuda. Problem w tym, że większość tych ekperymentów kończy się i tak jednym wielkim ziewem osobnika przyswajającego. Na szczęście co jakiś czas na naszym rodzimym rynku pojawia się ktoś, komu jednak udaje się odskoczyć od reszty miernoty i rzeczywiście przykuć uwagę czytelnika na dłuższy czas. Niemiecki pisarz Zoran Drvenkar pokazał ponownie (po świetnym debiucie Sorry), że warto się z nim liczyć na polu literackiego thrillera.
Nie sposób nie zdradzić większości fabuły książki, opisując o co w niej chodzi, dlatego ograniczę się jedynie do tego, że grupka berlińskich młodych dziewcząt tak jakoś niefortunnie układa sobie sprawy, że wplątują się w bardzo niebezpieczną aferę...

Lakonicznie, bo lakonicznie, ale nie chciałbym popełnić błędu wydawcy, który praktycznie streszcza powieść w notce wydawniczej. A czemu akurat ta powieść wybija się ponad wspomnianą wyżej przeciętność? Ano dlatego, że primo narracja Ty jest prowadzona w drugiej osobie, a narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika, jako postaci. Przyznaję, że zabieg jest na tyle udany, że powieść Drvenkara czyta się z dużą przyjemnością. Drugie primo, to fakt, że Ty jest swoistm miksem gatunkowym, który pociągnięty został w konwencji thrillera sensacyjnego.
Duży plus za mnogość postaci oraz psychologię każdej z nich. Nie jest łatwo wykreować głównych bohaterów tak, żeby czytelnik poczuł coś więcej oprócz obojętności w gatunku, jakim jest thriller. Tym bardziej, że tutaj głównych bohaterów jest kilku. Czytelnik ma okazję wcielić się w każdą z tych postaci, poznać jej historię, lęki, obawy i radości. Potem, to już święte prawo autora, jak zabawi się z czytelnikiem: czy rozedrze na strzępy naszego ulubionego bohatera czy nie. A przyznam, że tutaj nie ma nic pewnego.
Podoba mi się klimat tych powieści Drvenkara. Nie często znosi mnie do współczesnego Berlina i jego mrocznych zakątków, ale jeśli już, to chciałbym, żeby prowadził mnie przez nie właśnie Drvenkar. Z jednej strony mamy tutaj mnóstwo nawiązań do podziału kraju Murem Berlińskim, z drugiej kontrastuje to ze sztuczną i pustą nowoczesnością, którą autor wyraźnie krytykuje. Osadzenie akcji w takich realich jest bardzo dobrym posunięciem.
Czy Ty ma wady?
Pewnie, że ma. Ale większość zalet w pełni rekompensuje niedociągnięcia autora i fabuły. Także ja śmiało polecam. Naprawdę warto zainteresować się prozą Zorana Drvenkara i promować go w naszym kraju. Niezbyt często zdarza się u nas taki autor i szkoda by było, żeby usłyszała o nim jedynie garstka osób.